Google Story 2, czyli jak mnie spuszcza firma, którą podziwiam

Strona głównaGoogle Story 2, czyli jak mnie spuszcza firma, którą podziwiam
02.01.2008 16:30

Jakiś czas tamu odkryłam, że najważniejszą firmą w moim życiu jest firma Google, pisałam nawet o tym w CMO. Że dzięki niej jakość mojego życia znacznie się podniosła, że uzyskałam dostęp do zasobów, o których wcześniej nie śniłam i że umiejętność korzystania z tego, co Google mi oferują online to podstawowa umiejętność, którą powinniśmy rozwijać u siebie i innych, których praca polega na kontakcie z rynkiem.

Skoro Magazyn CMO zaczął organizować konferencje dla swoich czytelników - dyrektorów i szefów marketingu, to poczułam, że muszę się moim podziwem podzielić. Bo uważam, że każdy, kto zrozumie, na czym polega zmiana, która przyszła wraz z technologią Google, łatwiej będzie poruszał się po rynku i zdobywał przewagę. Uważam, że to ważne, aby czytelnicy CMO zobaczyli, jeśli jeszcze nie dokonali tego odkrycia w ramach amatorskiej działalności poznawczej, jak mnie to się zdarzyło, jak bardzo świat się zmienił i jak bardzo zawdzięczamy to właśnie Googlom. Równie ważna dla mojego podziwu wobec Googli jest atmosfera wokół samej marki, którą udało się firmie stworzyć i zakomunikować.

Pisząc zatem projekt kolejnej konferencji, na której mamy mówić o tym, jak dzisiejsza technologia pozwala ludziom na aktywny stosunek do rynku, pomyślałam, że taka wspaniała firma mogłaby na niej wystąpić jako gość honorowy. Zaprosiłam zatem kogoś, do kogo udało mi się dodzwonić, pytając znajomych po mieście, bo przy użyciu wyszukiwarki Google jakoś nie udało mi się znaleźć namiarów, ale przecież firma jest internetowa i nie musi.

Ale moja propozycja nie wzbudziła entuzjazmu, bo nikt nie odpowiedział. Za to u przedstawiciela Google z centrali w Londynie, którego spotkałam na konferencji w Berlinie i owszem. Sądząc z rozmowy, którą z nim odbyłam, moja propozycja była zgodna z polityką firmy. Mając obietnicę udziału umieściłam newsa na stronie konferencji. Już po dwóch godzinach miałam maila z Google Polska, że mam natychmiast zdjąć Google Polska z programu konferencji. Nie był miły, nie był nawet specjalnie uprzejmy, ale wreszcie jakiś był.

Odpisałam zatem grzecznie, że przecież nie Google Polska, tylko Google, bo gościem ma być człowiek z centrali. I jeśli się okaże, że go nie ma, to na pewno zaraz zdejmiemy. Parę dni później człowiek z centrali napisał, że niestety nie może wziąć udziału, bo wchodziłby w kompetencje Google Polska i że najlepiej zrobię, jak się skontaktuję z jej szefami, maila do wiadomości im przesłał, a mi podał nazwisko i telefon. To był 19 grudnia. Google z pozycji gościa honorowego Kongresu CMO zdjęłam. Od wtedy dzwonię. Dzisiaj nawet maila napisałam, bo skoro nie odbierają telefonów i nie oddzwaniają, bo pewnie nie mają czasu, to może czytają maile.

Nie rezygnuję, bo skoro miły Pan z Google z adresem w Londynie uznał, że nasza impreza jest godna Googli, to dlaczego polskie Google miałyby uważać, że nie jest? Nie chce mi się w to wierzyć, więc chciałabym to usłyszeć właśnie od tego Pana, którego nazwisko mi podał Pan z Londynu. I pewnie wolałabym mieć to na piśmie z prostym wyjaśnieniem "mamy w nosie dyrektorów marketingu, bo to nie jest nasz target" - na przykład tak. Poprzedni mail brzmiał mniej więcej podobnie. Ale ponieważ nie pochodził z tego szczebla, na który skierował mnie Pan z Londynu, więc postanowiłam się nie zniechęcać.

Pewnie nie jestem przyzwyczajona do tego, żeby ktoś mnie źle traktował. Zwłaszcza jeśli ja sama tego kogoś lubię. A tymczasem moja przygoda z Google zaczyna wyglądać tak, że mnie nie chcą, traktują jak intruza, może nawet oszusta, który stara się jakoś nieuczciwie wykorzystać ich renomę i reputację? Lekko przestraszona poprzednim mailem rzuciłam zresztą okiem na ich stronę i zapoznałam się z zasadami korzystania ze słowa google. Obawiam się, że niniejszym tekstem ryzykuję proces o naruszenie praw autorskich do nazwy, bo na pewno użyłam go w jakiejś formie, która nie jest zgodna z regułami. Z góry przepraszam i informuję, że nie mam na wypłatę odszkodowania. Starałam się nie odmieniać i pisać wyłącznie wielkimi literami, jak sobie firma życzy. Zachęcam do lektury, bo to ciekawe, czego nie wolno. Wygląda nawet na to ,że nie wolno na przykład używać słowa "googlować". A może się mylę?

Mówiąc krótko, zaczynam przeżywać jakiś dysonans poznawczy. Może Google nie są takie pozytywne, jak mi się dotychczas wydawało? Może wcale nie zależy im na losie świata? na wprowadzaniu pozytywnej zmiany w ludzkie życie? Czuję, że powoli przechodzę na ciemną stronę tych, którzy widzą w istnieniu tej firmy zagrożenie. Już chyba nie wierzę w jej dobrą wolę. A i pozytywny wizerunek też mi gdzieś umyka, bo skoro mnie, co ich kocham, odganiają kijem, to jak traktują resztę?

Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)