"Wisi nade mną i to nie jest samolot". Zagadkowe zniknięcie młodego pilota

Strona główna"Wisi nade mną i to nie jest samolot". Zagadkowe zniknięcie młodego pilota
02.01.2021 13:04
Cessna 182 - w takim samolocie zaginął Frederick Valentich
Cessna 182 - w takim samolocie zaginął Frederick Valentich
Źródło zdjęć: © Wikimedia Commons, fir0002, lic. GFDL 1.2

- Melbourne, tu Delta Sierra Juliet. Czy wiadomo coś o lotach poniżej pięciu tysięcy? – pytanie, jakie kontrola lotów otrzymała od młodego pilota, nie zwiastowało niczego niezwykłego. Sześć minut później Frederick Valentich przerwał łączność. Zapis jego ostatniej rozmowy z wieżą to jedna z największych zagadek w historii lotnictwa.

Frederick nie wyobrażał sobie życia bez latania. Służbę w australijskich siłach powietrznych musiał wprawdzie odpuścić z powodu braków w wykształceniu, ale jako amator z nalotem 150 godzin mógł w głowie snuć wizję lotniczej kariery.

Miał dopiero 20 lat i niedawno dopuszczono go do lotów w nocy. Choć obwarowano je minimami pogodowymi, zapewniającymi orientację według zewnętrznych punktów odniesienia, jak gwiazdy czy horyzont, młody pilot miał nadzieję szybko poprawić swoje kwalifikacje.

Miało w tym pomóc członkostwo w Air Training Corps – młodzieżowej organizacji będącej kuźnią kadr dla lotnictwa. Frederick miał jednak sporo do zrobienia – oblane egzaminy odsunęły w czasie szansę na otrzymanie licencji, pozwalającej na komercyjne pilotowanie samolotów.

Co zobaczył pilot?

Mimo tego krótkie loty nie stanowiły dla niego żadnego problemu. 21 października 1978 roku pilot pojawił się na lotnisku Moorabbin pod Melbourne, gdzie zgłosił lot nad Cieśniną Bassa w kierunku wyspy King, położonej w pobliżu Tasmanii. Pogoda była dobra, widoczność również i o 18:19 Frederick oderwał się od ziemi, pilotując niewielką Cessnę 182L.

Przez kilkadziesiąt minut lot przebiegał spokojnie. Pilot przeleciał nad przylądkiem Otway, kierując się ku swojemu celowi, jednak o 19:06 niespodziewanie połączył się z kontrolą lotów, podając oznaczenie swojego samolotu Delta Sierra Juliet.

- Melbourne, tu Delta Sierra Juliet. Czy wiadomo coś o lotach poniżej pięciu tysięcy stóp?

Uzyskawszy przeczącą odpowiedź, Frederick doprecyzował:

- Delta Sierra Juliet, wygląda na to, że jest duży samolot poniżej pięciu tysięcy.

Cessna 182
Źródło zdjęć: © Wikimedia Commons, Christophe Mathy, CC BY-SA 3.0
Cessna 182

To nie jest samolot!

Ponieważ kontrola lotów nie widziała na radarze żadnego innego samolotu, wieża zaczęła dopytywać o szczegóły. Te okazały się nad wyraz dziwne. Najpierw Frederick twierdził, że widziany przez niego samolot ma cztery światła, przypominające światła lądowania.

Później doprecyzował, że samolot przeleciał bardzo szybko około 1000 stóp (nieco ponad 300 metrów) nad nim. Manewry dziwnej maszyny nasunęły pilotowi przypuszczenia, że może to jakiś samolot wojskowy, którego pilot postanowił zabawić się kosztem pilotującego awionetkę Fredericka.

- Delta Sierra Juliet, wygląda, że on się ze mną bawi, przeleciał nade mną dwa, trzy razy z szybkością, której nie jestem w stanie ocenić.

Kolejne komunikaty stawały się coraz bardziej chaotyczne:

- Delta Sierra Juliet, jak przelatuje widzę tylko, że jest długi... Nie mogę powiedzieć nic więcej przy tej jego szybkości... Teraz jest przede mną, Melbourne.

- Delta Sierra Juliet, Melbourne, wygląda na to, że jest nieruchomy. To, co robię teraz, to zataczam kręgi, a ta rzecz krąży nade mną. To ma zielone światło i coś jak metaliczny połysk, na zewnątrz cały się błyszczy.

Kontrola lotów usiłowała ustalić, co widzi pilot, jednak nie przyniosło to rezultatu. Co więcej, według relacji Fredericka towarzyszący mu obiekt znikł, po czym ponownie się pojawił.

- Delta Sierra Juliet, silnik pracuje z trudem. (…) Zamierzam dolecieć do King Island. Ten dziwny samolot zawisł teraz nade mną... (mikrofon włączony przez dwie sekundy)... to wisi nieruchomo i to nie jest samolot.

Zagadkowy ślad na wodzie

Ostatnie słowa brzmiały niezwykle zagadkowo. Tajemnice wzmógł fakt, że Frederick Valentich połączył się po chwili jeszcze tylko raz, ale zamiast komunikatu było słuchać jedynie kilkanaście sekund trzasków, przypominających tarcie metalu o metal.

Samolot Lockheed P-3 Orion używany do patroli morskich i akcji poszukiwawczych
Źródło zdjęć: © Domena publiczna
Samolot Lockheed P-3 Orion używany do patroli morskich i akcji poszukiwawczych

Gdy samolot nie pojawił się na lotnisku docelowym, natychmiast rozpoczęto poszukiwania. Do przeczesywania trasy przelotu awionetki użyto wielkich, rozpoznawczych maszyn Lockheed P-3 Orion, które niebawem odkryły na falach plamę ropy.

Wyglądało na to, że zagadka została wyjaśniona szybko, jednak pobrana próbka ujawniła, że nie była to ropa z samolotu Valenticha. Nie było to również paliwo z niczego, co w niedawnym czasie przelatywało lub przepływało w pobliżu.

Śledztwo zakończyło się po dwóch tygodniach, a oficjalne stanowisko śledczych nie satysfakcjonowało nikogo. Bo co można powiedzieć o sytuacji, w której rodzina pilota dowiedziała się, że przyczyny zniknięcia nie zostały ustalone, a pilot prawdopodobnie poniósł śmierć?

Brak odpowiedzi

Jak zwykle bywa w takich przypadkach tam, gdzie zakończyły się zadania śledczych, rozpoczęła się praca różnych poszukiwaczy osobliwości, tropicieli spisków, a także osób, które chciały po prostu rzetelnego wyjaśnienia, jakim cudem podczas bezpiecznego lotu przy dobrej pogodzie samolot wraz z pilotem dosłownie rozpłynęli się w powietrzu.

Tym bardziej, że Cessna była dostosowana do lotów nad oceanem. Samolot wyposażono w specjalne zbiorniki wypornościowe, zapewniające po przymusowym wodowaniu możliwość chwilowego utrzymania się na wodzie.

Na pokładzie znajdowały się tez kamizelki ratunkowe, a także nadajnik, który w razie katastrofy miał sygnalizować położenie wraku nawet w przypadku, gdyby ten znajdował się na znacznej głębokości.

Latarnia morska na przylądku Otway
Źródło zdjęć: © Wikimedia Commons, csett86, lic. CC BY-SA 2.0
Latarnia morska na przylądku Otway

Tymczasem – nic. Żadnego komunikatu, pozostałości paliwa, żadnych dryfujących po wodzie resztek, jakie musiałyby powstać w przypadku katastrofy.

Próby wyjaśnienia

Trudno zliczyć wszystkie próby wyjaśnienia zagadkowego zniknięcia Fredericka Valenticha. Jak przyznał jego ojciec, pilot interesował się tematyką UFO, jednak nie był oszołomem, widzącym wszędzie zielone ludziki.

Jedną z ciekawszych hipotez jest ta, zakładająca, że Frederick przez dłuższy czas leciał głową w dół i to, co widział, było odbiciem samolotu w tafli wody. Pilot straciwszy orientację ostatecznie rozbił maszynę, a silne prądy morskie przeniosły pozostałości katastrofy daleko od miejsca poszukiwań.

Inna hipoteza zakłada testy jakiejś tajnej, wojskowej maszyny, jednak nie ma żadnego punktu zaczepienia, które mogłyby ją uwiarygodnić.

Nowe życie

Pojawiły się również przypuszczenia, że pilot mógł być powiązany z handlem narkotykami, a zatankowana do pełna Cessna dawała mu spory, bo około 800-kilometrowy zasięg. Wystarczająco, aby dolecieć gdzieś daleko i zniknąć, rozpoczynając nowe życie wolne od kłopotów.

Problem w tym, że prawie nigdzie nie zaobserwowano ani samolotu, ani lądowania. Prawie, bo policja zachowała jedno doniesienie o prawdopodobnym lądowaniu w pobliżu Przylądka Otway, po którym nie znaleziono jednak żadnego śladu.

Obcy

Pozostaje zatem wizyta przybyszów spoza naszej planety? Tę hipotezę wzmacniają liczne doniesienia o niezidentyfikowanych, latających obiektach jakie miano zaobserwować w okolicy Cieśniny Bassa.

Problem w tym, że część z nich pojawiła się dopiero po opublikowaniu zapisu rozmów pilota z wieżą – a zatem są kompletnie pozbawione wartości. Poza tym UFO to po prostu niezidentyfikowany obiekt latający, niekoniecznie pozaziemskiego pochodzenia.

Fotografia wykonana przez Roya Manifolda
Źródło zdjęć: © UFO Insight
Fotografia wykonana przez Roya Manifolda

Ciekawsze są jednak inne, wspominające o podłużnym kształcie, których autorzy nie mieli okazji, by poznać szczegóły rozmów z kontrolą lotów. Bliski tej tezie jest ojciec pilota, który publiczne wyraził nadziej, że jego syn nie zginał, ale został porwany przez przybyszów z kosmosu.

Teorię tę podsyca fotografia, wykonana na krótko przed zaginięciem przez hydraulika, Roya Manifolda. Na przypadkowym ujęciu wykonanym w pobliżu przylądka Otway zarejestrował on nierozpoznany kształt, który - jego zdaniem - poruszał się szybko w powietrzu. Fotografia ta stała się przedmiotem niezliczonych teorii i analiz.

Spirala śmierci

Być może wyjaśnienie zagadki jest jednak mniej fantastyczne – analiza zapisu rozmów pilota z wieżą i współpraca z astronomami pozwoliły na postawienie hipotezy, że niedoświadczony pilot wprowadził samolot w tzw. spiralę śmierci.

Pilot, nie mając punktu odniesienia, mógł być przekonany, że leci prosto, gdy tymczasem maszyna zataczając koła zmniejszała wysokość.

Lot w spirali mógł sprawić, że zdezorientowany pilot uległ złudzeniu uznając widoczne na niebie obiekty – np. gwiazdy – za krążące wokół samolotu. W feralnym dniu położenie Wenus, Marsa, Merkurego i gwiazdy Antares mogło dawać wrażenie, że to światła jednego, unoszącego się w powietrzu obiektu.

Niestety, mimo upływu lat żadna z hipotez nie została ostatecznie potwierdzona. Zniknięcie młodego pilota wciąż pozostaje nierozwiązaną zagadką.

Głosuj w plebiscycie Imperatory WP na laptopy, gry i sprzęt gamingowy i wygraj 5000 zł.

Imperatory 2020
Imperatory 2020
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (59)