O tym, jak to robią nas w bambuko - czyli o licencjach w twoich aplikacjach

Strona głównaO tym, jak to robią nas w bambuko - czyli o licencjach w twoich aplikacjach
14.02.2008 09:50
O tym, jak to robią nas w bambuko - czyli o licencjach w twoich aplikacjach
Źródło zdjęć: © Jupiterimages

Jak w twoim przypadku wygląda instalowanie programu? Wpisujesz "apt-get install" i leci? A może pobierasz z Internetu plik EXE, klikasz go dwa razy, a później tylko "Dalej", "Dalej", "Dalej"? Olbrzymia liczba użytkowników tak właśnie robi, kompletnie nie zdając sobie sprawy, na co wyraża zgodę. W licencjach oprogramowania aż roi się od kruczków i zastrzeżeń, które sformułowano hermetycznym, niezrozumiałym dla nas językiem. Pozwalamy, by Skype do woli gospodarowało naszym łączem, by Windows badało nasze niedawne sprzętowe zakupy oraz by licencja GNU GPL niosła ze sobą bagaż wymuszonej wolności... Pozwalamy?

Licencje EULA to istna prawnicza ekwilibrystyka. Z jednej strony muszą być tak sformułowane, by nie stawały w sprzeczności z obowiązującym prawem - bo w każdym cywilizowanym państwie obywatel ma pewne niezbywalne swobody, z których nie może zrezygnować nawet na własne życzenie.

288760327099922579
Źródło zdjęć: © (fot. IDG)

Z drugiej muszą wyszarpywać od nas wszystko, co tylko się da. Im więcej, tym lepiej: możliwość dowolnego gospodarowania miejscem na dysku twardym, sprzedaży stworzonych przez nas treści czy bacznego śledzenia naszych ruchów w Internecie. Wszyscy wiemy, że nie ma nic za darmo - prawda?

Bzdura. My aż prosimy się, żeby nas wykorzystywano.

eBay + Skype

Zaczniemy od naszego ulubionego przykładu, o którym wspominaliśmy już w artykule "Najgorsze komunikatory - http://www.pcworld.pl/artykuly/56525.html" w PC World Komputerze 12/2007 - czyli od od Skype. Powszechnie wiadomo, że komunikator Skype służy do rozmów głosowych i wideo, a jak jest realizowana transmisja, to już mało kto się martwi. Najważniejsza jest możliwość obniżenia kosztów rozmów międzynarodowych i zobaczenia znajomych.

Wszystko to ładnie-pięknie. A czy wiesz, że instalując komunikator zgadzasz się na to, że:

_ "Oprogramowanie Skype może wykorzystywać procesor i przepustowość łącza komputera użytkownika ( lub innego stosownego urządzenia ) wyłącznie w celu realizacji połączenia pomiędzy użytkownikami oprogramowania Skype. Oprogramowanie Skype użyje uzasadnionych względami handlowymi metod w celu ochrony poufnego charakteru i nienaruszalności zasobów komputerowych ( lub innego stosownego urządzenia ) oraz treści komunikacji użytkownika. Jednakże firma Skype nie może w tym względzie udzielić żadnych gwarancji." _

A zatem twój procesor, twój dysk, twoje łącze internetowe może być wykorzystane po to, by mnie się wygodniej rozmawiało z panią Helenką z Zakopanego. A jak czasy się zmienią, rzeczone "Oprogramowanie Skype" zrobi sobie kopie zapasowe serwisu Ebay.pl na twoim dysku ( Skype należy do Ebay ) - ot, tak żeby serwery odciążyć.

Nie nawołujemy do paniki ani bojkotu Skype, Boże broń. Dzięki niemu ludzie uwierzyli, że rozmowy przez ocean mogą być darmowe. Warto tylko pamiętać, że ten postęp dokonał się ( i dokonuje ) dzięki nam, na naszych plecach. To nasza wspólna piramida, świat IT nieprędko o niej zapomni - ale wyryte zostanie na niej imię kogo innego...

Apple + Boot Camp

Użytkownicy komputerów Apple, którzy muszą pracować z oprogramowaniem napisanym z myślą o platformie Windows, mają do wyboru: albo zainstalują system Microsoftu w wirtualnej maszynie, albo skorzystają z Boot Campa ( bo, jak niesie wieść, "nikt przy zdrowych zmysłach nie zainstaluje na Maku tylko Windows" ). Jednak posiadaczom Tigera, którzy nie planują na razie przesiadki na Leoparda, raczej nie powinno być do śmiechu. Owszem, jeśli do tej pory stworzyli partycje przeznaczone na instalację systemu Microsoftu, na pewno im one nie znikną. Ale licencja na testowe wydania Boot Campa już wygasła - aby z niego dalej legalnie korzystać, powinni, niestety, kupić Leoparda, w którym umieszczono ostateczną edycję 2.0 aplikacji.

Skoro stać ich na sprzęt Apple, bez problemu wygospodarują stówkę czy trzy na upgrade do nowej wersji Mac OS X, nie? Nawet jeśli nie mają na niego ochoty i denerwuje ich niestabilność pierwszych wersji systemu Apple.

Oto właściwy fragment licencji EULA:

_ "Okres obowiązywania licencji rozpoczyna się w momencie instalacji lub wykorzystania Oprogramowania Apple i kończy się automatycznie bez powiadomień ze strony Apple przy następnym komercyjnym wydaniu Oprogramowania Apple lub 31 grudnia 2007 roku, którekolwiek nastąpi szybciej. Zgodnie z Licencją, twoje prawa zostaną zawieszone automatycznie bez powiadomień ze strony Apple, jeśli nie podołasz któremukolwiek z wymogów Licencji. W momencie wygaśnięcia Licencji, musisz całkowicie zaprzestać ( ang. cease all use ) wykorzystywania Oprogramowania Apple oraz zniszczyć wszystkie kopie Oprogramowania Apple, czy to całe, czy częściowe." _

Linux

Linux i oprogramowanie open source wydaje się być światełkiem w tunelu. Żadnych naburmuszonych sformułowań, prawie żadnych prawniczych wywodów, żadnego nabijania ludzi w butelkę. Ale nie zawsze i nie do końca - ruch Open Source również musi bronić się przed atakami ludzi i ( w szczególności ) nieuczciwych firm próbujących zagarnąć dorobek wielu lat programistycznej pracy.

O tym, jak trudna jest to decyzja, świadczy choćby wyraźny rozdźwięk między deweloperami Linuksa i BSD. Choć ze sobą współpracują, ci pierwsi w wielu wypadkach godzą się na licencję GNU GPL ( patrz też: "Torvalds: Linux nie będzie na GPL3! - http://www.pcworld.pl/news/88122.html" ), natomiast ci drudzy często kodują dla frajdy i starają się żyć zgodnie z zasadą, że dobrych pomysłów nie warto więzić ni ograniczać - nawet przymusową wolnością. Dlatego kod udostępniony na licencji BSD może być stosowany wszędzie - również w Windows - bez żadnych ograniczeń, GNU GPL zaś ciągnie za sobą ciężki wirusowy bagaż, choć dotyczy on programistów, a nie przeciętnych użytkowników.

O co chodzi? O sformułowanie, które znalazło się w drugim punkcie licencji GNU GPL ( cytat podajemy za nieoficjalnym tłumaczeniem - http://www.gnu.org.pl/text/licencja-gnu.html ):

_ "Możesz modyfikować swoją kopię czy kopie Programu oraz dowolne jego części, tworząc przez to pracę opartą na Programie, jak również kopiować i rozprowadzać takie modyfikacje i pracę na warunkach podanych w pkt.1 powyżej - pod warunkiem przestrzegania całości poniższych wymogów: b. Musisz doprowadzić do tego, aby każda rozpowszechniana lub publikowana przez ciebie praca, która w całości lub części zawiera Program, albo pochodzi od niego lub jego części, była w całości i bezpłatnie licencjonowana dla wszelkich stron trzecich na warunkach niniejszej Licencji." _

Jeśli więc tworzysz program, w którym znalazł się fragment rozwijany na licencji GNU GPL2, cały twój program zostaje "zarażony" licencją - twoja aplikacja musi być rozpowszechniana na licencji GPL2, w przeciwnym razie bowiem możesz zostać oskarżony o złamanie prawa.Wiele firm twierdzi, że to jedno kategoryczne sformułowanie ogranicza szybkość przyjmowania się open source w firmach, czy, ogólniej, w komercyjnych zastosowaniach. Skoro bowiem "mój produkt ma być dostępny w postaci źródeł, to na pewno wszyscy sobie go wezmą i przestaną kupować gotowe aplikacje".

Takie rozumowanie z pewnością wynika z częściowej niewiedzy, ale istnieją argumenty przemawiające za jego słusznością. Nie tak dawno informowaliśmy o wpisie blogowym opisującym historię nieprzystosowania firmy 4Front Technologies do nowego modelu biznesowego ( patrz: "Postawili na open source i... mogą zbankrutować - http://www.pcworld.pl/news/133027.html" ) - open source bowiem opiera się na dostarczaniu usług, a niekoniecznie na sprzedawaniu gotowego produktu.

Microsoft

Na koniec pozostawiliśmy sobie "ulubioną" firmę naszych internautów, czyli Microsoft. Każdy produkt przygotowywany w Redmond ma swoją własną licencję, która jest dziesięć razy oglądana przez doskonale opłacanych prawników. Ktoś kiedyś powiedział nawet, że o ile licencje open source mówią o tym, co użytkownikowi wolno, o tyle licencje oprogramowania Microsoftu straszą go zakazami. I grożą palcem - na wszelki wypadek...

Niestety, taka jest prawda. Adwokaci producenta Windows spędzają całe dnie w sądach walcząc z użytkownikami, którym wydawało się, że Office będzie wiązał ich krawaty, parzył kawę, a Internet Explorer wyczyści w wolnych chwilach samochód. I buty. Dlatego właśnie pod względem poziomu czytelności nie licencje EULA Microsoftu nie odbiegają znacząco od tekstów Kanta - choć do Heideggera i Derridy, trzeba przyznać, jeszcze trochę im brakuje.

Weźmy choćby na warsztat ciekawostkę dotyczącą sprawdzania oryginalności oprogramowania, czyli modułu, który od lat wzbudza olbrzymie emocje - http://www.pcworld.pl/news/95024.html wśród użytkowników. Poniżej cytat z licencji EULA dołączonej do pakietu Service Pack 1 do Visty, który w bardzo podobnym brzmieniu znalazł się też w "normalnej" Viście oraz jako późniejszy załącznik do XP:

_ "Oprogramowanie bedzie okresowo dokonywac sprawdzania oryginalnosci oprogramowania. Kontrola moze byc inicjowana przez oprogramowanie lub przez Microsoft. Aby umozliwic dzialanie funkcji aktywacji oraz sprawdzania poprawnosci, a tym samym prawidlowe funkcjonowanie oprogramowania, moze ono wymagac aktualizacji lub pobrania dodatkowych skladników funkcji sprawdzania oryginalnosci, licencjonowania czy aktywacji oprogramowania. Ich pobieranie oraz instalowanie moze sie odbywac bez powiadomienia." _

Czyli: Windows może w każdej chwili sprawdzić, czy jest legalny. Nie musisz być o tym powiadamiany, więc nie jesteś - mechanizm WGA ładuje się często na starcie systemu tuż przed lub tuż po ukazaniu się pulpitu.

Jeśli więc zastanawiałeś się, co powoduje opóźnienia startu twego komputera, to już wiesz.

Podsumowanie

Po roztoczeniu tylu czarnych wizji, mamy dla ciebie promyczek nadziei: nie martw się, polskie prawo cię chroni. Robi to naprawdę dobrze. Jednak przy każdej instalacji programu powinieneś być świadom, na co się godzisz. Miej świadomość, że nie ma nic za darmo. W naszym zestawieniu zabrakło wielu firm i aplikacji, ale nie znaczy to, że są one święte.

Wszystko zależy od tego, jak bardzo zależy ci na twoich danych i twojej prywatności. Jeśli wcale lub niezbyt, nie powinieneś się przejmować. Jeżeli mocniej, musisz zastanowić się nad przyjrzeniem się alternatywnemu oprogramowaniu - aplikacje open source to doskonały przykład, że można robić dobre programy bez napuszonych prawniczych fraz i kruczków, które w przyszłości mogą posłużyć do kopiowania twoich danych lub gromadzenia informacji o sprzętowych zakupach, jakich właśnie dokonałeś.

No i pamiętaj: to, że nie wydajesz papierowych, szeleszczących pieniędzy wcale nie znaczy, że one rzeczywiście pozostają w twojej kieszeni.

_ Artykuł stanowi tylko zaproszenie do tematu. Tematykę licencji i kwestii prawnych związanych z instalacją oraz wykorzystaniem oprogramowania będziemy regularnie poruszać w kolejnych wydaniach magazynu PC World Komputer. _

Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)