Cisza nocna według Apple

Cisza nocna według Apple
Źródło zdjęć: © Materiały prasowe

06.03.2013 13:30

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Wciąż pamiętam, że oglądając film „The Net” z Sandrą Bullock zastanawiałam się, jakby to było fajnie, gdyby i u nas można było mieć zawsze włączony internet, zamawiać pizzę przez sieć i komunikować się zdalnie bez ograniczeń.

Każdy, kto pamięta początki polskiego internetu, wie dokładnie, co oznaczało ‘wdzwanianie się’. Mieliśmy jeden numer dostępowy na cały kraj. 0-202-122. dzięki uprzejmości TPSA. Chcąc skorzystać z dobrodziejstwa sieci, musieliśmy wcześniej zaparzyć kawę, rozsiąść się wygodnie w fotelu i uzbroić w cierpliwość. Następnie, przez minimum godzinę wybierać numer, by w końcu charakterystyczny szum modemu poinformował nas, że znaleźliśmy się w internecie. Za przyjemność surfowania trzeba było słono zapłacić – warto zatem było mieć zainstalowany odpowiedni licznik, mówiący nam, ile czasu spędziliśmy w sieci. W przeciwnym wypadku, kolejny rachunek telefoniczny mógłby być sporym zaskoczeniem. Następnie pojawiły się firmy, świadczące usługę „Callback”, oferujące niższe ceny za minutę, niż „Tepsa”. Rzecz polegała na tym, że po wykonaniu inicjującego połączenia z numerem usługi, serwer dostawcy oddzwaniał do nas i łączyliśmy się z internetem niejako na ich koszt. Niektórzy szczęśliwcy, zwłaszcza studenci informatyki,
otrzymywali taką usługę ze swoich uczelni. Inni szczęśliwcy, mieli wielu znajomych studiujących informatykę.

Tak czy inaczej, internet nie był tak dostępny i tak powszechny jak dzisiaj. Trzeba było mieć dużo samozaparcia. Nic więc dziwnego, że dobrodziejstwa płynące z Ameryki, wydawały się nam mitycznym Eldorado. Żeby prowadzić komunikację, dwie osoby musiały być online w tym samym czasie. Jeśli nie –. pozostawały maile.

Potem, jak marzenie, pojawiły się stałe łącza. Początkowo, tylko dla klientów biznesowych, ponieważ osoby prywatne nie miały najmniejszych szans na sprostanie finansowym wymaganiom. Jako pierwsza w Warszawie usługę tę oferowała bodajże firma „Polbox”, która za podłączenie żądała około 60. zł i tyleż samo miesięcznego abonamentu. Oczywiście, byłoby taniej, gdyby podzielić ten koszt na kliku sąsiadów. Najpierw jednak trzeba by było znaleźć kilku sąsiadów posiadających komputery zaopatrzone w modem. Nie tak łatwo – wtedy komputery nie mieszkały jeszcze pod wszystkimi strzechami.

Powoli, powolutku, usługi dostępu do sieci zaczęły się zmieniać i ewoluować. Numery dostępowe zastąpione zostały ofertami sieci telewizji kablowej i pojawiła się Neostrada, o niezwykłej prędkości 12. Kb/s, serwowana przez TPSA. Spełniło się marzenie wielu, by ikonka komunikatorów była zawsze online. Resztę wszyscy już chyba znacie – coraz szybsze stałe łącza, internet w komórce, EDGE, 3G, LTE, serwisy społecznościowe i powiadomienia. Amerykański sen stał się rzeczywistością.

Dzisiaj internet jest powszechny, jak chleb codzienny. Od momentu, gdy otwieramy oczy, atakuje nas ze wszystkich stron. Natarczywie. Zaborczo.

Powiadomienia dostarczają informacji o przychodzących mailach, wydarzeniach w serwisach społecznościowych, terminach w kalendarzu. I oczywiście –. bardzo dobrze, ponieważ nigdy nie zapomnimy o urodzinach cioci Krysi, terminie płatności karty kredytowej i wirtualnym wydarzeniu Janka, którego nigdy nie widzieliśmy na oczy. Wszystko to jednak jest niezwykle ważne, niezwykle absorbujące i wymaga natychmiastowej reakcji. Do tego poczta elektroniczna, komunikatory i w zasadzie moglibyśmy nie wypuszczać komputera z rąk. Bo przecież ciągle dzieje się coś, co wymaga naszej uwagi. I coś, co wydawało się być nie tylko wspaniałą zabawą, ale i wielkim udogodnieniem, zaczyna ciążyć. Z przyjemności staje się obowiązkiem. Czas pracy i czas wolny zaczynają się przenikać, na zdecydowaną niekorzyść tego drugiego. Bo przecież coraz częściej zdarza się, że akurat przed północą, komuś przypomni się bardzo ważna sprawa „na jutro”, którą koniecznie trzeba obgadać. I bez żenady poinformuje nas o tym, zdając sobie sprawę, że
wiadomość dotrze do nas tym czy innym kanałem. Dźwięknie iPhone, iPad, komputer czy iPod, odtwarzający właśnie muzykę w salonie. A skoro wiemy, to musimy się odezwać. Natychmiast. Bez zwłoki.

Nieraz zdarzały mi się krótkie przerwy w obecności w serwisach społecznościowych. Czasem trzeba się skupić na jakimś zadaniu kreatywnym, tłumaczeniu czy pisaniu tekstu. Albo chociażby na tym, że są świetne ogórki i fajnie byłoby je wsadzić w słoiki, albo zrobić sok z wiśni albo po prostu posiedzieć, patrząc w niebo, pobawić się z kotem czy –. nawet jeśli nie wierzycie w bajki – pożyć w świecie niepodłączonym kablami do sieci. Każda taka przerwa kończyła się zwykle odbieraniem setki wiadomości, będących wariacjami na temat : „Żyjesz?”, „Co się stało?!”, „Czemu się nie odzywasz?!”. Autorzy niektórych z nich obrażali się śmiertelnie, że nie odpowiedziałam na maila w ciągu dwóch godzin, więc zapewne ich po prostu „olewam”. Po pierwszych 48 godzinach, ton wiadomości zmienia się na „wykrzyknikowy” (to moja prywatna systematyka). Ton wykrzyknikowy polega na używaniu wielkich liter i dużej ilości znaków interpunkcyjnych: „PILNE!!!”, „DOSTAŁAŚ WIADOMOŚĆ…?!!!!”, „ODEZWIJ SIĘ DO MNIE @##@&^!”. Po 72 godzinach zaczyna
się prośba-groźba-z-kropką. „Pamiętasz JESZCZE o naszej rozmowie? Odezwij się, PROSZĘ.” Nie wiem, co dzieje się po kolejnej dobie, bo nie przebiłam nigdy pułapu, na którym ze zdań znikają emotikony. Nie wspominając już o tym, że po 72 godzinach, na nadrobienie zaległości trzeba poświęcić pełną dobę.

Internet i stale zwiększająca się prędkość i skuteczność przekazywania informacji sprawia, że tracimy perspektywę i nie zastanawiamy już się nad tym, kiedy pracujemy, a kiedy odpoczywamy. A jeśli pozwolimy się zatrzeć i tej granicy, niebawem okaże się, że w pracy jesteśmy 2. godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Również w czasie „urlopu” i świąt. Ot tak. Po prostu.

Oczywiście, powiadomienia i komunikatory można wyłączyć. Natomiast, jako wieloletnia macuserka, nie wyobrażam sobie codziennego włączania i wyłączania tychże funkcji na wszystkich urządzeniach. Właśnie dlatego, natychmiast upgradowałam wszystkie sprzęty do iOS 6. I nastała cisza! Żadnych natarczywych dźwięków, żadnego wibrowania baterii. A przy tym, wszyscy zostali poinformowani, że iOS 6 ową wyciszającą funkcję posiada! Skoro zaimplementowało ją Apple, to należy jej używać, bo Apple wie, co dla nas najlepsze. A przy okazji wynika z tego, że to nie ja ignoruję wiadomości. To mój mądry telefon, ten… smartfon. O ile zarządzanie czasem prywatnym jest trudne, zarządzanie biznesem w internecie jest jeszcze trudniejsze. Kiedy kilka lat temu zniknęłam z sieci na nieco mniej niż rok, po powrocie okazało się, że muszę zaczynać wszystko od nowa, bo internet już dawno o mnie zapomniał. Nawet krótka nieobecność w sieciach społecznościowych, dla firmy lub inicjatywy to pogrzebanie żywcem. Wielokrotnie już wspominałam, że
pamięć sieci sięga nie dalej niż do wczoraj, maksymalnie przedwczoraj. Poranny news to już prehistoria, zaś użytkowników serwisów trzeba utrzymywać w stanie ciągłej aktywności. I w tym przypadku, praca w nadgodzinach staje się czasem koniecznością. Aż w końcu przychodzi moment, w którym ma się ochotę trzepnąć klapą komputera i uciec gdzie pieprz rośnie. Nie, nie dzieje się to od razu. Ale po kilku latach Facebook i Twitter to już nie fajna zabawa, czy sposób na wypełnienie wolnej chwili w autobusie. Narzędzia przejmują kontrolę i prowadzą nas na krótkiej smyczy. Kiedyś mówiono, że telefony komórkowe są złe. Co w takim razie powiecie o ciągłym, stałym dostępie do internetu?

Grunt to nie dać się zwariować. Przeszliśmy to już z różnymi urządzeniami –. dobrym przykładem są tu telewizory. Pudełka, które kradną czas. Część ludzi po prostu wyrzuciła je z domu i odzyskała tym sposobem cenne godziny. Teraz Apple daje nam po raz kolejny funkcję, która cofa nas do czasów, kiedy by nastąpiła komunikacja, dwie osoby musiały być online. Bo naprawdę, nie musimy być online zawsze, wszędzie, na zawołanie i o każdej porze, chociaż czasem może się wydawać, że właśnie tego oczekuje od nas rzeczywistość. A kiedy włączymy „Ciszę nocną” okazuje się, że wieczory trwają dłużej, czasu mamy więcej i możemy zająć się robieniem tego, co naprawdę ważne. Czymkolwiek to dla nas jest.

Dzięki, Apple!

Źródło artykułu:imagazine.pl
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (4)