Ukraiński żołnierz przy wieży oderwanej od rosyjskiego czołgu© East News | Sergey Bobok

Rosjanie zrzucili atomówkę na własne wojska. Potem zaprojektowali czołgi

Łukasz Michalik
15 kwietnia 2022

Naprzód! - rozkaz poderwał tysiące żołnierzy do natarcia przez gorejące zgliszcza. Na horyzoncie kłębił się atomowy grzyb. Eksperyment przeprowadzony za czasów ZSRR, zabija teraz pośrednio rosyjskich czołgistów na wojnie w Ukrainie.

Artykuł powstał w ramach cyklu

Kolumny zniszczonych rosyjskich czołgów, dziesiątki wypalonych i rdzewiejących ma ulicach wraków – takie obrazy z wojny w Ukrainie widzimy codziennie w serwisach informacyjnych.

Niewykluczone, że części tych strat Rosjanie by uniknęli, gdyby ich pojazdy pancerne były zbudowane inaczej. Co sprawiło, że konstruktorzy wybrali rozwiązania, które – na pozór – urągają logice i zmieniają pancerną broń armii Putina w trumny na gąsienicach?

Czyżby ludzie, którzy przecież projektowali w przeszłości najlepsze czołgi świata, wdrażali w broni pancernej innowacyjne rozwiązania i wyznaczali globalne trendy, nagle stracili pamięć? Postanowili dokonać sabotażu? Założyli się między sobą, kto zaprojektuje czołg bardziej niebezpieczny dla załogi?

Nic z tych rzeczy. Konstruktorzy radzieckich – a pośrednio i rosyjskich – czołgów byli fachowcami. Ludzie tacy, jak choćby Aleksander Morozow naprawdę znali się na rzeczy. I zaprojektowali sprzęt pancerny dokładnie tak, jak mieli go zaprojektować – w pełni zgodnie z wytycznymi.

Aby je zrozumieć, musimy cofnąć się w czasie o blisko 70 lat.

Natarcie korpusu strzeleckiego

W 1954 roku Rosjanie zorganizowali wielkie manewry o kryptonimie "Snieżok". Na poligon nad rzeką Samarą zwieźli 45 tysięcy żołnierzy. Temat ćwiczeń: "Przełamanie przygotowanej obrony nieprzyjaciela przez korpus strzelecki przy użyciu broni atomowej".

"Korpus strzelecki" był w tym przypadku terminem zupełnie nieadekwatnym, lingwistyczną pozostałością po II wojnie światowej. W 1954 roku w skład "korpusu strzeleckiego", wyznaczonego do manewrów "Śnieżok", wchodziły: dywizja pancerna i zmechanizowana (nie byle jakie, obie gwardyjskie), brygada artylerii, pułk artylerii samobieżnej, pułk moździerzy i liczne, dodatkowe oddziały rozpoznawcze, przeciwlotnicze czy łączności.

Rosyjskie czołgi T-72 B3M
Rosyjskie czołgi T-72 B3MŹródło zdjęć: © Forum | Leonid Faerberg

Właśnie na nie z samolotu Tu-4 – nielicencjonowanej kopii amerykańskiego B-29 - zrzucono bombę atomową o sile 40 kiloton. To nieco więcej od sumarycznej siły bomb zrzuconych na Hiroszimę i Nagasaki. Punkt zero znajdował się około 5 km od zgrupowania wojsk ukrytych w transzejach i prowizorycznych schronach. 40 minut po eksplozji żołnierze usłyszeli: "Naprzód!".

Atom toruje drogę

Wnioski, jakie Rosjanie wyciągnęli z atomowych manewrów, okazały się mieć dalekosiężne następstwa. Przede wszystkim decydenci doszli wniosku, że uderzenie atomowe to świetny sposób na wygranie wojny. Jeden ładunek zastępujący tysiące ton amunicji, potrzebnej do poprzedzającej natarcie nawały artyleryjskiej to czysta oszczędność ograniczonych zasobów.

Do tego uderzenie atomowe usuwa przeciwnika z drogi nacierających oddziałów, pozwalając im skupić się na najważniejszym, czyli jak najszybszym parciu do przodu.

O tym, jak wielkie nadzieje wiązano z niezakłóconym, szybkim atakiem świadczą odtajnione plany ofensywy na Zachód.

Dobitnym przykładem, choć opracowanym ponad ćwierć wieku po manewrach "Snieżok", jest plan "W siedem dni do rzeki Ren". Planiści założyli przejście pancernego walca przez zachodnie Niemcy - bronione nie tylko przez Bundeswehrę, ale również przez dywizje amerykańskie i brytyjską Armię Renu – w ciągu tygodnia.

Takie tempo jest możliwe do utrzymania pod jednym warunkiem – przeciwnik nie jest zdolny do stawiania skutecznego oporu.

Ładowniczy umiera pierwszy

A jeśli jakieś napromieniowane niedobitki będą stawiać opór? Do końca zniszczyć wroga miała druga powojenna generacja sowieckich czołgów. Zaprojektowana została właśnie do walki na poatomowych zgliszczach.

I nie chodzi tu o wstawienie do czołgu wkładki antyradiacyjnej, kilku filtrów, czy o budowę nieudanych prototypów w stylu 4-gąsienicowego Obiektu 279, ale o gruntowną zmianę koncepcji tego, jak czołg ma działać i co powinna robić jego załoga.

Projektanci nie mieli złudzeń – filtry co najwyżej opóźnią agonię schowanych pod pancerzem żołnierzy. Ale kto z pancerniaków umrze pierwszy? Na to również była znana odpowiedź: ten, kto najciężej pracuje fizycznie. W słynnych "Czterech pancernych" był nim ładowniczy, plutonowy Gustaw Jeleń, który co chwilę słyszał "odłamkowym ładuj!".

To również T-72, precyzyjniej to. co z niego zostało po wybuchu magazynu amunicji
To również T-72, precyzyjniej to. co z niego zostało po wybuchu magazynu amunicjiŹródło zdjęć: © East News | Genya Savilov

W czołgu T-34 z działem 76 mm pociski ważyły około 6,5 kg. Gdy czołg ulepszono, montując armatę 85 mm, masa pocisków wzrosła do 9,5 kg. Czołg kolejnej, już powojennej generacji – T-55 – był uzbrojony w 100-mm armatę D-10. Pociski do niej ważyły nawet 15 kg. Pięć minut intensywnego ognia oznaczało, że ładowniczy musiał przerzucić prawie pół tony amunicji.

Dlatego w czołgu, który miał podbić Europę, nie mogło być ładowniczego. Osłabiony radiacją umarłby zbyt szybko, a czołg bez ładowniczego to tylko jeżdżąca skorupa.

Automat ładowania

W czołgach zaprojektowanych według nowych wymagań – T-62 i T-64 - zamiast ładowniczego pojawił się automat ładowania, obsługujący (w przypadku tego drugiego modelu) nową, gładkolufową armatę 2A46. Jej 125-mm pociski ważyły już po 20 kg.

Mechanizm pobierający pociski z magazynu i ładujący je do komory zamkowej był skomplikowany, drogi i awaryjny, a przy tym wcale nie działał szybciej od człowieka.

Miał jednak nad nim kluczową przewagę - nie męczył się czy był napromieniowany, czy nie. Stał się standardem, który na przestrzeni lat zdefiniował sposób, w jaki są budowane kolejne modele radzieckich, a teraz rosyjskich czołgów – podobne do siebie wizualnie dwie rodziny wozów: T-64 i T-80 oraz T-72 i T-90.

Wyrzucenie jednego członka załogi i zastąpienie go maszyną zmniejszyło przestrzeń, którą trzeba było opancerzyć. Gdy porównamy sowieckie konstrukcje z ich zachodnimi odpowiednikami, wschodnie czołgi okażą się mniejsze, bardziej zwarte i lżejsze w porównaniu z czołgami produkowanymi od lat 70.

T-72 waży około 42 ton. Abrams – w pierwszej, bazowej wersji – 52. W wersji współczesnej, M1A2 – grubo ponad 60.

W teorii rosyjska koncepcja to same zalety. Niższy czołg trudniej wykryć. Trudniej też jest w niego trafić. Mniejsza masa jest nie do przecenienia w natarciu: pozwala przejechać po słabszych mostach, przebyć trudniejszy teren czy sforsować po dnie mniejsze rzeki, do czego sowieckie czołgi również zostały przystosowane.

Diabeł, jak zwykle, tkwi jednak w szczegółach. Tych, które jaskrawo ukazała wojna w Ukrainie.

Rzut w dal czołgową wieżą

Rosyjska napaść na Ukrainę przyniosła światu nową "konkurencję" – rzut w dal czołgową wieżą. Makabryczny żart pojawił się jako odpowiedź na nader częsty widok zniszczonych czołgów (zazwyczaj rosyjskich, bo strona ukraińska bardzo sprawnie kontroluje przekaz), w których od kadłuba została oderwana i odrzucona wieża z armatą.

Wielotonowe wieże odlatują całkiem daleko – dystans kilkunastu metrów nie jest niczym niezwykłym.

Tak spektakularny efekt jest wynikiem konstrukcji czołgów. Bezpośrednio pod wieżą znajduje się bowiem "karuzela". To dwupoziomowy magazyn amunicji mieszczący 20 pocisków i – osobno – 20 ładunków miotających. Trafienie w karuzelę jest dla czołgu zabójcze. Efekt wybuchu amunicji jest łatwy do przewidzenia.

Ale wbrew pozorom sama karuzela nie jest największym problemem. Projektanci czołgu umieścili ją możliwie nisko. Trafienie w nią, choć zabójcze, wcale nie jest proste. Dlaczego zatem zaprojektowane w ZSRR czołgi tak efektownie wybuchają?

Odpowiada za to pojemność karuzeli. 20 pocisków to bardzo mało: 3-4 minuty intensywnego ognia. Dlatego w czołgu jest dwa razy więcej amunicji. Gdzie? Wszędzie. Postsowiecki czołg z pełną jednostką ognia to osłonięta pancerzem przestrzeń, którą wypełniają dość ciasno 3 osoby i niczym nieosłonięta amunicja.

Załoga bez kontaktu z amunicją

W czołgach zachodnich z 4-osobową załogą, pociski są zazwyczaj umieszczone – jak w amerykańskim Abramsie - w niszy z tyłu wieży. Jest ona opancerzona i odseparowana od przedziału bojowego pancerną grodzią, otwieraną tylko na moment, w którym ładowniczy wyciąga pocisk. Przez resztę czasu czołgowa amunicja jest od załogi oddzielona.

Co więcej, magazyn ma celowo osłabiony strop. Trafienie go powoduje eksplozję, a ta – choć wygląda potężnie – wysadza osłabione miejsca i energia wybuchu jest kierowana w górę. Jest duża szansa, że po eksplozji amunicji nie tylko załoga przeżyje, ale i czołg będzie w stanie się przemieszczać dalej.

Z kolei w tych zachodnich konstrukcjach, w których amunicja jest częściowo przechowywana w kadłubie czołgu – jak choćby w Leopardzie 2 – znajduje się ona w najlepiej opancerzonym miejscu, nisko, obok kierowcy, osłonięta potężnym pancerzem czołowym.

W jeszcze innych, nowszych czołgach, gdzie zastosowano automat ładowania, jak francuski Leclerc czy południowokoreański K2, jest on zaprojektowany zupełnie inaczej, niż w czołgach rosyjskich: załoga nie ma bezpośredniej styczności z amunicją.

Pancerna karuzela

Tymczasem, aby trafić w amunicję rosyjskiego czołgu, wystarczy przebić pancerz w zasadzie gdziekolwiek. Rosjanie doskonale zdają sobie z tego sprawę i już podczas walk w Czeczenii próbowali temu zaradzić. Opracowali wówczas taktykę zwaną pancerną karuzelą.

Polega ona na ładowaniu do czołgów, które uczestnicą w walce, tylko tyle amunicji, ile wejdzie do jej automatycznego magazynu. W razie trafienia daje to szanse na przeżycie. 20 pocisków to mało, ale walka "karuzelą" częściowo niweluje tę niedogodność.

Wyniesiona z Czeczenii taktyka polega na tym, że na stanowisko ogniowe podjeżdża tylko jedna maszyna z 4-czołgowego plutonu. Podjeżdża, wystrzeliwuje cały zapas amunicji i natychmiast się wycofuje. Jej miejsce zajmuje kolejny pojazd, a po nim następny. Każdy z nich jest wystawiony na ogień nieprzyjaciela krótko, a do tego nie jest wypchany pociskami, więc szanse załogi na przeżycie rosną.

Ostatnia, czwarta maszyna nie prowadzi zmasowanego ostrzału: gdy trzy pozostałe czołgi rotują, strzelając, wycofując się i uzupełniając amunicję, ona pozostaje na ukrytym stanowisku, wyczekując okazji do jednego, precyzyjnego strzału.

"Snieżok" wiecznie żywy

Pancerna karuzela, choć zapewne zwiększa przeżywalność, jest jednak desperacką próbą zniwelowania cech konstrukcyjnych, które – opracowane z myślą o wojnie atomowej – w przypadku klasycznego konfliktu stają się poważnymi wadami.

Nic dziwnego, że już w XXI wieku w Rosji opracowano czołg T-14 armata, który całkowicie zrywa z doświadczeniami manewrów "Snieżok" – jest duży, ciężki, mocno opancerzony i koncepcyjnie przypomina raczej czołgi ogólnie pojmowanego Zachodu, niż kontynuację rozwiązań, wywodzących się z T-64 i T-72.

Wydaje się nawet, że T-14 ma nad aktualnie eksploatowanymi zachodnimi czołgami przewagę w postaci bezzałogowej wieży, dzięki czemu cała załoga znajduje się nisko, w pancernej cytadeli.

Problem w tym, że T-14 Armata to konstrukcja nowa i miną lata, zanim zostanie dopracowana. O ile w ogóle zostanie, bo T-14 jest też czołgiem drogim, a ewentualne przezbrojenie nie polega na wymianie jednego typu wozów na inny: potrzeba nowych, zdolnych obsłużyć cięższe czołgi pojazdów zabezpieczenia technicznego, wozów ewakuacyjnych, platform do transportu, całego zaplecza remontowego i szkoleniowego.

To oznacza koszty, na które Rosji raczej nie stać.

Dlatego – choć świat może ekscytować się nowymi, ciekawymi konstrukcjami – wydaje się prawdopodobne, że tak, jak dzisiaj podstawę rosyjskich sił pancernych stanowią T-80, T-72 i pochodne, tak i przez najbliższe ćwierćwiecze będzie podobnie.

Na defiladach z okazji 9 maja zobaczymy zapewne różne ciekawe prototypy, a Putin albo jego następcy będą chwalić się jakąś małoseryjną produkcją nowych maszyn.

Tymczasem rosyjscy pancerniacy nadal będą jeździć w czołgach, zaprojektowanych według od dawna nieaktualnej koncepcji, powstałej w wyniku przeprowadzonych po II wojnie światowej atomowych manewrów "Snieżok".

Udostępnij: