Obserwowałem w internecie, jak chora walczy z rakiem. I widziałem, jak umarła

Strona głównaObserwowałem w internecie, jak chora walczy z rakiem. I widziałem, jak umarła
13.02.2017 15:58
Obserwowałem w internecie, jak chora walczy z rakiem. I widziałem, jak umarła
Źródło zdjęć: © PAP | Leszek Szymański

Pomaganie nigdy nie było prostsze. Ale za sprawą internetu pomaganie nigdy nie było też tak angażujące i “prawdziwe” - powodzenie każdej internetowej zbiórki to też widok na tych, którym pomóc się nie udało.

Wielka Orkiestra Codziennej Pomocy - tak wygląda dzisiaj internet. Okazji do pomagania w sieci nie brakuje. Krzysztof Stanowski, dziennikarz sportowy, co jakiś czas rozkręca na Twitterze akcję “Dobro wraca”, w trakcie której namawia wszystkich do wpłacania pieniędzy na konto potrzebującej osoby. Na Facebooku grupa muzyków rozpoczęła zbiórkę dla chorej na raka koleżanki, a niezależni wydawcy przeznaczali zyski ze sprzedaży płyt na wsparcie poszkodowanych w wojnie Syryjczyków. Łukasz Orbitowski, pisarz, zwracał uwagę na chorego na raka wokalistę disco polo, na Wykopie użytkownicy skrzykiwali się, by pomóc innemu potrzebującemu użytkownikowi, kibice na forach prowadzili własne zbiórki, żeby chory kolega mógł być leczony. Miejsc i okazji do pomagania jest mnóstwo, wystarczy mieć konto na Facebooku, by móc dowiedzieć się o zbiórce i kogoś wesprzeć drobną sumą. Sieć staje się dowodem na to, że Polacy pomagają nie tylko od święta, o czym świadczą wyniki i zaangażowanie w nawet małe, lokalne akcje.

A co za tym idzie, dla wielu internet staje się ostatnią deską ratunku.

Po powodzeniu wielu charytatywnych akcji, kiedy udało się na Twitterze zebrać olbrzymie sumy pieniędzy i realnie wesprzeć potrzebujących, osoby chcące pomóc swoim chorym bliskim wierzą, że im też się uda to powtórzyć. Zakładają konta i w mediach społecznościowych “zaczepiają” internetowych celebrytów - dziennikarzy, komentatorów, aktorów, piłkarzy, działaczy - prosząc tylko o jedno: aby “gwiazda” podała dalej ich wpis z linkiem do aukcji. I tym samym podtrzymała wiarę w to, że uda się zebrać potrzebną kwotę. Kiedy wszelkie inne sposoby zawiodły, nadzieją jest Twitter i konta z olbrzymią liczbą obserwujących ludzi. Wchodząc w hasztagi na Twitterze związane z charytatywnymi akcjami, zobaczymy, jak wiele jest takich rozpaczliwych wpisów. Pełnych nadziei, ale i bezsilności - nic nie można zrobić, trzeba liczyć na to, że być może wiadomość o chorobie synka, przyjaciela czy małżonka rozejdzie się po internecie. Konkurencja jest jednak ogromna.

To nie zarzut dla tych, którzy na takie wpisy nie reagują - wszak to nawet niemożliwe. To raczej dowód na to, jakie możliwości ma internet. Ale niestety: z tego szczęścia skorzystać mogą tylko nieliczni. Potrzebny jest zwykły fart, by czyjaś zbiórka była zauważona. Uśmiech okrutnego losu.

Wszyscy liczymy się z tym, że nie każdemu można pomóc, to jasne. Nie oznacza to oczywiście, że nie należy pomagać, bo świata i tak się nie naprawi. Ale nie da się też ukryć, że internet od razu pokazuje drugą stronę pomocy. A konkretnie to, jak wielu wsparcia dostać nie może.

Gdy widzimy w szpitalu sprzęt z serduszkiem “WOŚP” lub jeżdżącą po ulicach kartkę z logo fundacji, mamy wrażenie, że nasze pieniądze wrzucone do puszki coś dały. Widzimy efekty. Na Twitterze też dostajemy podsumowanie akcji, zebrana suma sprawia, że czujemy radość z dobrze wykonanego obowiązku. Ale też trudno odciąć się od tych, którzy pomocy szukają - nie da się pominąć próśb o “podanie dalej”, wręcz przeciwnie, od razu widzi się, jak wiele jest do zrobienia.

Mobilizujące? Tak, ale i depresyjne - cokolwiek zrobisz, będzie to za mało. Internet nam to pokazuje. Przecież wystarczy rzucić okiem na “tablicę” znajomych lub znanych osób, które się obserwuje. Jest duże prawdopodobieństwo, że zachęca do wsparcia jakiejś akcji.

288931330854168634
Źródło zdjęć: © Facebook.com

- Mechanizmy psychologiczne wydają się nabierać większej mocy w anonimowości internetu. Przy rozproszeniu odpowiedzialności w odpowiedzi na zdarzenie, którego rzeczywiście jesteśmy świadkami w świecie realnym, obecność może bardziej zobowiązywać do działania. Przy anonimowości pomocy może być ona jeszcze mniejsza - mówi mi psycholog Izabela Dziugieł, odpowiadając na pytanie, czy istnieje ryzyko, że pomaganie nam się znudzi, właśnie przez swoją powszechność.

- Ze względu na to, że jesteśmy zewsząd "bombardowani" akcjami pomocowymi różnego rodzaju w mediach społecznościowych, gdzie takie akcje przypuszczalnie docierają do wielu osób, może pojawić się efekt tzw. dyfuzji odpowiedzialności - tzn. wraz ze wzrostem liczby "świadków" zdarzenia kryzysowego, w tym wypadku pomocy w kryzysie, spada prawdopodobieństwo udzielenia pomocy. "Ktoś tam zawsze pomoże, ja nie muszę!" - dodaje psycholog.

To bardzo egoistyczne podejście, ale internet sprawia, że możemy się przez to bardzo łatwo “sparzyć”. Byłem świadkiem takiej walki nieznanej mi osoby, która swoje zmagania z nowotworem relacjonowała na Facebooku. Nadzieja rosła, gdy widziało się, ile osób gotowych było pomóc, gdy bliscy informowali o pierwszych “sukcesach”. A potem okazało się, że osoba chora nie przeżyła. Na nic zdała się olbrzymia suma pieniędzy, na nic wsparcie tak wielu osób - z pewnymi przeciwnościami losu wygrać się nie da, a internet boleśnie o tym przypomniał. I choć nie znałem tej osoby, to jej śmierć na swój sposób przeżyłem.

288931330854430778
Źródło zdjęć: © Twitter

“Tradycyjne” formy pomocy nas od tego oddzielają. Pokazują tylko dobre strony - wspomniane logo na karetce czy zebrany wynik na licytacji. Jasne, wiele osób się angażuje, robi coś ponad to, na przykład odwiedza hospicja. Wymaga to jednak dodatkowego działania. A w internecie jest to automatyczne. Wystarczy dołączyć do grupy “Pomagamy Janowi Kowalskiemu”, by być zaangażowanym, widzieć coś więcej niż tylko powodzenie idei, którą się wsparło. A “porażka” - jakkolwiek głupio to nie brzmi, gdy mówi się o śmierci - sprawia, że łatwiej o zniechęcenie. “Staraliśmy się, a i tak to nic nie dało - takie jest właśnie życie”. Skoro tak, to czy jest sens znowu się angażować, znowu to wszystko przeżywać?

- Nie do końca zgodzę się, że internet nie daje szansy na zobaczenie pozytywnych efektów - daje, bo organizacje często ogłaszają finansowe wyniki akcji charytatywnych, jak również, kiedy chodzi o pomoc jednostkom - pociesza psycholog Izabela Dziugieł - Tu o dziwo, dostępność informacji przez internet jest plusem. Oczywiście to przestroga dla organizacji, które tworzą takie akcje - podawajcie wyniki i aktualizacje statusu! - apeluje.

- Trzeba się zapytać, dlaczego w ogóle pomagamy. Mówi się, że "nie ma prawdziwego altruizmu" - pomagamy z jakichś powodów, często dla nas samych niejawnych. Jeśli po to, żeby przy okazji poczuć się ze sobą lepiej (w uproszczeniu: "Oooo, pomogłam, jestem fajnym człowiekiem") czy kiedy historia bezpośrednio nas dotyka ze względu np. na wspólnotę doświadczeń, choroby itp., to wówczas ryzyko zniechęcenia nie jest takie wysokie. Sam akt pomagania liczy się dla nas najbardziej, niekoniecznie to, w jaki sposób ten gest pomógł. W innym przypadku wierzymy, że jednak nasza cegiełka buduje coś o wiele większego, bierzemy udział w akcji: "sam wojny nie wygram, ale wraz z innymi..." - dodaje Izabela Dziugieł.

288931330854692922
Źródło zdjęć: © Twitter

Internet zresztą pomaga udzielić odpowiedzi na pytanie, dlaczego pomagamy - bo to się zwyczajnie opłaca. I wcale nie chodzi tu o czyste sumienie czy inne metafizyczne zyski, bo pomaganie daje realne korzyści. Sam brałem niedawno udział w aukcji, w której zwycięzca przelewał pieniądze na konto wybranej organizacji charytatywnej, ale przy okazji wygrywał album, który nie był już w ogólnodostępnej sprzedaży. Pomogłem, bo chciałem dobrze dla potrzebujących, czy może ważniejszy był “biały kruk”, który dotarł do mnie dzięki akcji?

Tak skonstruowana jest większość charytatywnych zbiórek, od dawien dawna i to nie tylko w internecie - przecież WOŚP-owe “serduszko” jest też swego rodzaju nagrodą za wrzucenie pieniędzy do puszki, nie mówiąc już o specjalnych licytacjach. Ich obecność nawet w małych zbiórkach, gdzie wystawiane fanty zachęcają do wpłat, każe się więc zastanowić: czy w internetowej pomocy jest miejsce na bezinteresowność? Czy kampanie bez nagród mają w ogóle szansę przetrwać? Podobnych wątpliwości jest zresztą więcej - czy pomagając w internecie, robimy to z potrzeby serca, czy może ze względu na modę, bo twitterowy idol nawołuje, a wszyscy idą jego śladem?

Pełna zgoda: to piękna moda. Ale czy na tym powinno polegać pomaganie?

- Zazwyczaj jeśli chodzi o subiektywnie większy nakład finansowy, mamy poczucie, że jeśli coś jest w zamian oferowane czy coś licytujemy, staje się to ważniejsze, czytaj bardziej wartościowe - wyjaśnia Izabela Dziugieł.

I pocieszająco dodaje:
- Nie ma w takim podejściu niczego złego. Jesteśmy nieskomplikowani - jeśli jest realna korzyść w pomaganiu dla nas samych - chętnie z niej skorzystamy. Ale nie jest to warunkiem pomocy - podsumowuje.

Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (4)