Déjà vu. Komisja Europejska domaga się blokad internetowych przeciwko pornografii dziecięcej

Strona głównaDéjà vu. Komisja Europejska domaga się blokad internetowych przeciwko pornografii dziecięcej
26.04.2010 15:12
Déjà vu. Komisja Europejska domaga się blokad internetowych przeciwko pornografii dziecięcej

Już wydawało się, że debata o blokadach internetowych jest za nami, kiedy pojawił się kolejny głos, tym razem ze strony Unii Europejskiej. Przy użyciu tak samo słabych argumentów, którymi wcześniej posługiwała się Ursula von der Leyen, komisarz UE ds. wewnętrznych Cecilia Malmström domaga się błyskawicznego wprowadzenia blokad w Sieci.

Kto wie, czy ludziom występującym jakiś czas temu w debacie z premierem Tuskiem w ostatnich tygodniach nie przypomniała się linijka z tekstu starej piosenki Propellerheads: "It's all just a little bit of history repeating". Również u naszych zachodnich sąsiadów przez ponad rok federacja organizacji obywatelskich za pomocą mocnych argumentów walczyła przeciwko wprowadzeniu blokad uniemożliwiających wyświetlanie materiałów z pornografią dziecięcą w Sieci. I jak się wydaje, z powodzeniem: niemiecka ustawa o utrudnianiu dostępu wprawdzie weszła w życie, ale w wyniku rozporządzenia ministerstwa spraw wewnętrznych nie została ani razu zastosowana. Z kolei w Polsce obiecano zrezygnować z wdrażania Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych do zakończenia społecznych konsultacji.

288768041951705235
Źródło zdjęć: © (fot. Jupiterimages)

Dwudziestego dziewiątego marca komisarz UE ds. polityki wewnętrznej Cecilia Malmström spotkała się z dziennikarzami i przedstawiła konkretne plany ogólnounijnej walki z wykorzystywaniem dzieci. Plany polegały przede wszystkim na lepszych możliwościach działania dla śledczych i wyższych karach. Komisja zamierza rozszerzyć znaczenie terminu "pornografia dziecięca". Zgodnie z propozycją za taką pornografię miałoby być uznawane "każde przedstawienie organów płciowych osoby o wyglądzie dziecka". Specyficzna interpretacja zacytowanych tu słów znalazła już wcześniej odzwierciedlenie w ustawodawstwie Australii, gdzie wprowadza się zakaz umieszczania w Internecie nagich zdjęć kobiet o zbyt małym biuście. Za dziecko miałaby być również uznawana każda osoba poniżej osiemnastego roku życia.

W powiązaniu z takim zaostrzeniem szczególnie rzuca się w oczy inny szczegół: Komisja chce wprowadzić zapis wiążący dla wszystkich krajów członkowskich, który zobowiązuje je do blokowania na ich terytorium "dostępu do stron internetowych, które zawierają albo rozpowszechniają pornografię dziecięcą". Aktywiści internetowi zostali o tym zaalarmowani już na kilka dni przed ogłoszeniem. Na listach mailingowych trwały dyskusje o tym, na jaki przydomek zasługuje komisarz Malmström w związku z planowanym przez nią niespodziewanym zamachem na wolność Sieci: "Censorlia", "Censursula 2.0. czy też może "Censilia"? Ostatecznie panią komisarz mianowano europejską "Censilią" – przydomek powstał na bazie jej imienia i angielskiego słowa "censorship" (cenzura).

Tak więc to nie propozycja Cecilii Malmström była szczególnie zaskakująca, ale jej forma: Malmström zaprezentowała od razu projekt prawa w formie europejskiej dyrektywy "w sprawie zwalczania nadużyć seksualnych i seksualnego wykorzystywania dzieci", która zaczyna już swój marsz przez różne instancje.

Retoryczny skarbczyk z truciznami

Każdy, kto obserwował Malmström pod koniec marca, mógł odnieść wrażenie swoistego déjà vu, reminiscencję czegoś widzianego już wcześniej: sposób mowy, styl i argumenty bardzo przypominały te, które pojawiały się podczas politycznej kampanii, w której poprzednia federalna minister ds. rodziny Ursula von der Leyen przed około rokiem nawoływała do wprowadzenia blokad internetowych. "Zamiast Zensursuli mamy Censilię" –. brzmiały tytuły w wielu dziennikach. I nie bez powodu: także Malmström użyła do podbudowania swojej tezy domniemanych "faktów" z retorycznego skarbczyka, które zostały odrzucone jeszcze w ubiegłym roku w trakcie niemieckiej debaty nad blokadami.

Komisarz zapowiada, że "przynajmniej na terenie Unii Europejskiej chce skończyć z ciemnymi zakamarkami i nielegalnymi obrazami seksualnego wykorzystywania dzieci". Nie zdradza jednak, gdzie znajdują się te "ciemne zakamarki". Jedynie z kontekstu można wywnioskować, że chodzi najprawdopodobniej o obrazy wykorzystywania seksualnego. W innym miejscu Malmström stwierdza bowiem, że "liczba stron z pornografią dziecięcą w Sieci rośnie". Każdego dnia "w Internecie pojawia się dwieście nowych obrazów przedstawiających wykorzystywanie seksualne dzieci".

Od początku debaty nad blokadami internetowymi powszechną praktyką jest podpieranie żądań o blokady dostępu liczbami, które nie są w stanie wytrzymać krytyki. Malmström raz jeszcze próbuje tej sztuczki, całkowicie przy tym rezygnując z podawania informacji o źródłach. Na to, że liczba stron z pornografią dziecięcą stale rośnie, tak naprawdę nie ma dowodów, a poza tym jest to bardzo mało prawdopodobne. Nie istnieją rzetelne dane pozwalające określić liczbę takich witryn ani nawet rozmiar dochodowego rynku materiałów przedstawiających wykorzystywanie dzieci w Sieci, o którym orędownicy blokad mówią cały czas.

Instytut Nauk Kryminalistycznych na uniwersytecie w Hanowerze pracuje właśnie nad pierwszym studium poświęconym temu zagadnieniu. Arnd Hüneke, który prowadzi prace badawcze, nie ma już wątpliwości co do pierwszych tymczasowych rezultatów: "W Sieci nie ma rynku materiałów z pornografią dziecięcą". Takie wnioski można wyciągnąć bez wahania z wielu przeprowadzonych rozmów, np. z oficerami śledczymi z krajowych urzędów kryminalnych –. stwierdza Hüneke w rozmowie z magazynem "c't". Specjalista nie wie, skąd komisarz Malmström wzięła podawane przez siebie liczby.

Od dawna jednak nawet dla polityków w jakiś sposób zaznajomionych z tym tematem jasne jest, że utrudnianie dostępu do stron WWW będzie miało w najlepszym wypadku jedynie marginalny wpływ na rozpowszechnianie materiałów z pornografią dziecięcą. Przyczyna tego jest prosta: takie materiały są nie do znalezienia w Internecie nawet dla doświadczonych internautów. Dokumentacja przypadków seksualnego wykorzystywania dzieci jest rozprowadzana w zamkniętych kręgach, np. w systemach P2P. Również i ta teza znalazła potwierdzenie w rozmowach Hünekego ze śledczymi. Ciemne zakątki

Wszystko wskazuje na to, że Komisja Europejska jednak wierzy w bajki o "ciemnych zakątkach Sieci". W opinii Malmström są one gdzieś tam w Internecie, aczkolwiek z całą pewnością poza Unią Europejską –. a tam z kolei "niezwykle trudno jest usunąć tego typu materiały". Takie twierdzenia pojawiają się w samym projekcie dyrektywy jako uzasadnienie konieczności blokad internetowych. Kiedy nawet prasa codzienna, nieobeznana z tym zagadnieniem, zauważyła, jak bardzo mętne są takie wypowiedzi, Love Berggren, współpracownik pani komisarz, tytułem uzupełnienia wymienił konkretnie USA i Rosję jako kraje, w których usuwanie takich materiałów odbywa się z trudem, a więc w tym kontekście jako winowajców.

Tak się jednak niefortunnie składa, że założony i finansowany przez UE internetowy punkt zgłoszeń Inhope niedawno jednoznacznie potwierdził, że współpraca z USA i Rosją układa się znakomicie. Jeśli pojawiają się informacje o obrazach przedstawiających wykorzystywanie seksualne dzieci, Inhope po rzeczowej kontroli zwraca się z prośbą do firm obsługujących systemy z danymi materiałami o ich jak najszybsze usunięcie. W ten sposób odbywa się usuwanie pornografii dziecięcej w Sieci w prawie 100. przypadków, i to nie tylko w Niemczech, ale także za granicą – mówi Alexandra Koch, kierowniczka niemieckiego punktu zgłoszeń.

Ze względu na to, że postępowanie jest różne w poszczególnych krajach, oczywiście istnieją także różnice w czasie przetwarzania zgłoszeń. Podczas gdy w Rosji treści są usuwane zwykle po trzech dniach, w USA trwa to dłużej, ponieważ tam doniesienia są najpierw przekazywane organom ścigania, a następnie po tygodniu następuje kontrola, czy dane treści zostały usunięte z Sieci, czy też nie.

Śledczy z Republiki Federalnej Niemiec często stawiają opór – "krótka ścieżka służbowa", którą podąża Inhope, jest w ich przypadku zablokowana. W ramach posiedzenia CDU/CSU w połowie marca prezes BKA, Federalnego Urzędu Kryminalnego, oświadczył, że w styczniu BKA przekazał za granicę 104, a w lutym jeszcze kolejne 180 wniosków. Według prezesa w styczniu po tygodniu jedynie 14% inkryminowanych treści pozostało w Sieci, w lutym ten odsetek sięgnął 50%. W Polsce incydenty tego typu najlepiej zgłaszać do którejś z organizacji pozarządowych współpracujących z organami ścigania, z których najbardziej doświadczoną jest Fundacja Kidprotect. Decydując się na samodzielną walkę z materiałami pornograficznymi z udziałem nieletnich, można stać się ofiarą policyjnych procedur, tak jak to opisano w komunikacie "Pomógł policji –. stracił komputer".

Na pytanie, dlaczego BKA przekazuje adresy internetowe jedynie agencjom policyjnym, nie zaś, tak jak to robi Inhope, bezpośrednio dostawcom usług, Ziercke odpowiedział: "Wydaje mi się, że nie życzylibyśmy sobie, aby CIA, FBI, chińskie służby wywiadowcze albo ktokolwiek inny przyczyniał się w Niemczech do usuwania lub blokowania pewnych serwisów". Taki argument jest trudny do zrozumienia, bo przecież powiadamianie o obrazach przedstawiających ciężkie czyny karalne nie jest tym samym co ingerencje dokonywane przez obce służby specjalne. Jeśli rzeczywiście takie wątpliwości uniemożliwiają pracę policji, to Komisja powinna tutaj bezwarunkowo wkroczyć do działania i zapewnić śledczym bardziej elastyczne ramy do wykonywania ich obowiązków.

Argumenty Komisji przemawiające za wprowadzeniem blokad internetowych również stoją na niepewnym gruncie. Być może dlatego podczas prezentacji celów politycznych komisarz Malmström sięgnęła po nietypowe środki: za podium wisiał olbrzymi rysunek twarzy wyraźnie cierpiącego dziecka. Do tego w sali zabrzmiały jeszcze słowa Malmström: "Za obrazami w Internecie kryją się losy wykorzystanych dzieci z całego świata. Dlatego też musimy zrobić wszystko, aby chronić niewinne dzieci". Tak więc mało obeznany z tematem, pobudzony emocjonalnie obywatel pomyśli sobie pewnie w tym momencie: jeśli ktoś występuje przeciwko blokadom takich obrazów, to najwidoczniej opowiada się po stronie tych, którzy wykorzystują dzieci. Również minister von der Leyen usiłowała zdyskredytować oponentów przy użyciu takich samych perfidnych chwytów. Jednak tak delikatny temat w szczególności wymaga od politycznych decydentów, aby przedstawiali swoje racje i decydowali w sposób analityczny i w oparciu o fakty. W przeciwnym wypadku może się
okazać, że europejscy politycy będą w stanie tworzyć skuteczne mechanizmy blokowania każdego rodzaju medium, argumentując to dobrem dzieci bez przedstawiania dowodów na związek przyczynowo-skutkowy przemawiający za użyciem drastycznych środków. Przecież podobnie prawdziwym zdaniem byłoby na przykład: "należy umożliwić blokady telefonów i prowadzić zapisy wszystkich rozmów, ponieważ z komórek korzystają pedofile i inni dewianci".

Na razie żaden kraj, w którym zastosowane zostały blokady DNS, nie może się wykazać wymiernymi efektami. Przy zdroworozsądkowym spojrzeniu na sprawę często trudno jest stwierdzić, w jaki sposób ograniczenie dostępu do Sieci miałoby ograniczyć wykorzystywanie seksualne dzieci.

Pedofile są w stanie omijać blokady bez wysiłku. Jeśli adresy z tego typu treściami znajdą się na europejskich listach filtrowania, osłabnie nacisk na śledczych, aby natychmiast działali przeciwko takim stronom. W następstwie tego może się pojawić tendencja, dzięki której takie witryny będą dłużej dostępne dla ich docelowych odbiorców. W ten sposób blokady w walce przeciwko rozpowszechnianiu obrazów wykorzystywania seksualnego dzieci mogą mieć wręcz szkodliwe skutki.

Zamiast zajmować się tymi poważnymi zastrzeżenia ze strony przeciwników blokad, Malmström woli prowadzić grę pozorów: "W kwestii reglamentowania Internetu inicjatywy obywatelskie słusznie podnoszą pytania o wolność wypowiedzi" –. oświadcza pani komisarz. I dalej: "Jednak obrazy wykorzystywania seksualnego dzieci w żadnym wypadku nie mogą podlegać ochronie przez prawo do swobody wypowiedzi".

Sądząc po echu medialnym, jakie wywołuje ta sprawa, retoryczna sztuczka znowu zadziałała. W rzeczywistości żadna z inicjatyw obywatelskich nie twierdziła, że przedstawianie wykorzystywania seksualnego dzieci jest objęte przez prawo do wolności wypowiedzi. Malmström sprytnie przekierowała uwagę opinii publicznej, omijając zasadniczy rdzeń problemu: blokada stron internetowych na podstawie publicznych czarnych list w takiej postaci, jak to obecnie jest planowane w Europie, stanowi ingerencję w podstawowe prawa obywateli do wolności informacyjnej.

Stosowanie takich metod może przynieść powodzenie jedynie wtedy, jeżeli w stosownej skali przyczyniłoby się do zapewnienia innych fundamentalnych praw. Jednak o takiej skali można mówić tylko wtedy, jeżeli zostałoby jednoznacznie potwierdzone, że blokady rzeczywiście pomagają w ograniczaniu wykorzystywania seksualnego dzieci. Na razie nie ma na to dowodu. Komisja mogłaby postarać się o wyeliminowanie tego deficytu i naświetlenie ciemnego pola przestępczości związanej z pornografią dziecięcą. Chodzi tu o skomplikowany fenomen kryminalistyczny, którego w nie da się nawet częściowo rozwiązać za pomocą prostych środków technicznych. Jeśli ktoś twierdzi, że jest inaczej, prowadzi jedynie symboliczną politykę, która nie przeciwdziała przestępstwom.

wydanie internetowe www.heise-online.pl

Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)