Bomby z satelity? To nie fantazja, tylko pomysł z czasów Zimnej Wojny

Strona głównaBomby z satelity? To nie fantazja, tylko pomysł z czasów Zimnej Wojny
28.10.2017 11:38
Bomby z satelity? To nie fantazja, tylko pomysł z czasów Zimnej Wojny
Źródło zdjęć: © Wikimedia Commons CC BY | ru:Участник:Goodvint

Czy jest możliwe, by satelita stał się śmiertelnie zabójczą bronią? Która raziłaby promieniami śmierci wybrane cele, instytucje, a nawet państwa? Scenariusz trochę jak z tego gorszego filmu o Bondzie (a konkretnie "Śmierć nadejdzie jutro") ale życie po raz kolejny okazało się zaskakujące.

Bombardowanie kiedyś
Pomysł na ten artykuł narodził się podczas moich rozważań o najbardziej skutecznej, a jednocześnie efektownej eksterminacji i zniszczeniu. Bomba atomowa jest znana od kilku ładnych dekad, a konwencjonalna walka jest, cóż, zbyt konwencjonalna. Wtedy przypomniała mi się pewna strategia – "Warhammer 40,000: Dawn of War". W uniwersum wiecznej wojny jedną z najpotężniejszych ofensyw, jaką mogło przeprowadzić Imperium Człowieka, było bombardowanie orbitalne. Nazwa mówi wszystko, a w efekcie ataku unicestwiano całe planety.

Moja niezdrowa fascynacja masową destrukcją została zaspokojona tylko na poziomie ultra-przemocowej bajki, którą karmią się fani dark fantasy. Pytanie pozostało jednak niezmienione: czy człowiek będzie mógł kiedyś bombardować drugiego człowieka z orbity? Odpowiedź jest jak najbardziej twierdząca.

Amerykanie również mają swój tajny sprzęt

Nad takim pomysłem pracowano już w latach 60. w Związku Radzieckim Metoda rażenia z orbity szczątkowej, bo tak się nazywała, polegała na wysłaniu na orbitę szczątkową (nieobserwowanej przez satelity) pocisku rakietowego, który później atakowałby nagle, w wyniku deorbitacji. Miało to skracać czas ataku: lot z orbity do celu był po prosty krótszy. Radary i system antyrakietowe przeciwnika nie były w stanie go wychwycić w porę.

Sowieci zatem testowali ten system by sprawdzić, czy uda się ominąć system ostrzegania NORAD. Pociski były wysyłane nad biegunem południowym i w zamierzeniu miały razić cele w USA. Można się zatrzymać, jak to w ogóle możliwe, że ZSRR udało się przeprowadzać takie testy? Cóż, winna tego orbitalnego zamieszania była luka w prawie traktatu o pokojowym wykorzystaniu przestrzeni kosmicznej. Zabraniał on stosowania środków masowego rażenia na orbicie, ale nie było wzmianki o jej rozmieszczaniu. Dzięki temu Sowieci mogli testować sobie broń, która raziłaby z orbity.

Militarne szczęście Bloku Wschodniego nie trwało jednak wiecznie. W wyniku rokowań w sprawie ograniczeń zbrojeń SALT II w 1979 roku zakazano stosowania broni tego typu. Z trzech testowanych pocisków do rażenia orbitalnego do użytku wszedł jeden – w ramach przestrzegania nowych praw, wycofano go z użytku w 1983 roku.

Bombardowanie jutro
To nie był jednak koniec marzeń imperiów o zdominowaniu orbity pod kątem militarnym. Kamil Muzyka, specjalista od prawa kosmicznego oraz entuzjasta kosmicznych technologii tłumaczy mi, jakie inne sposoby były również brane pod uwagę.

- Rosjanie próbowali rozstawić lasery na orbicie okołoziemskiej. Projekt jednak nie wypalił z powodu wybuchu jednej z rakiet, które takowe lasery miałyby tam umieścić – mówi. - Całość była odpowiedzią na program "Wojen Gwiezdnych" Ronalda Reagana, kiedy USA zaczęło wspierać kraje walczące z ZSRR. Co ciekawe, jednym z asystentów prezydenta Stanów Zjednoczonych był pisarz science-fiction Larry Niven – dodaje.

Projekt Rosjan miał być w zamierzeniu punktowym laserem. Namierzałoby się odpowiednie cele, a promień by je niszczył. Głównym celem tej radzieckiej broni miały być amerykańskie satelity programu SDI, używające pokładowych laserów do niszczenia pocisków balistycznych. Nie wiadomo niestety, jakie są projekty DARPA. Z prostego powodu: niektóre patenty, o szczególnie istotnych z punktu widzenia państwa właściwościach, zostają utajnione . Tego typu lasery, w zastosowaniu Kosmos-Ziemia, nie miały w zamierzeniu niszczeć krajów czy dużych obiektów, bo potrzebowałyby ogromnego przekroju. Ich zastosowanie było punktowe, na przykład instalacje militarne czy infrastruktura.

– Jeśli chodzi o bombardowanie z orbity, mógłbyś zrzucić z satelity tyle bomb, ile byłbyś w stanie tam umieścić. Kiedyś zdarzyło pisać mi się artykuł na temat problemów z kompresją materiałów fuzyjnych i rozszczepialnych. I na przykład taki Hel-3, który jest niesamowicie wydajny energetycznie, jest w zbyt małej ilości, by przeprowadzić eksperyment – podkreśla Muzyka. – Wiadomo jednak, że gdyby wystrzelić go z katapulty elektromagnetycznej, którą wykorzystują się na lotniskowcach przy rozpędzaniu samolotów, to wybuch byłby porównywalny do bomby atomowej. Jednak międzynarodowe konwencje zabraniają używania materiałów pochodzenia nuklearnego – mówi.

Co ciekawe, asteroidami można w teorii rzucać, dodaje mój rozmówca. Wystarczy je przejąć i skierować na wybrany cel. Do tego potrzeba na przykład przymocować silnik na takim obiekcie. Pojawiły się również koncepcje łapania ich w specjalny "worek" i nadawania im pędu przy pomocy holownika kosmicznego. Problem pojawia się jednak, kiedy przyjrzymy się temu, jak asteroidy są zbudowane. Najczęściej nie jest to lita skała, raczej zlepek skał, lodu, węgla i pyłu, opisuje.

Jakie jeszcze inne formy może przyjąć konflikt na skalę kosmiczną? Okazuje się, że istnieją pewne alternatywy.

– W kwestii przyszłości, możliwe będzie na przykład* stworzenie tak zwanych kosmicznych szrapneli przeciwsatelitarnych, lub "Prętów od Boga"* (Rods from God) . To pręty, wystrzeliwane z próżni z niesamowitą prędkości dzięki energii kinetycznej. Możliwość stworzenia takiej broni jest stawiana obok laserów, o których wspomnieliśmy wcześniej – podkreśla Muzyka.

Z kolei inny scenariusz zakłada wykorzystanie energii słonecznej.

– Jeszcze jedną możliwością jest utworzenie tak zwanej „space base solar power”. Chodziło o stworzenie satelity, którą umieszcza się na orbicie geostacjonarnej. Ten zbierałby energię słoneczną i przerabiał na mikrofalę, którą później przekazywałby do stacji odbiorczej. To miałoby zapewnić bezpośredni transfer energii słonecznej na Ziemię. Teraz wyobraź sobie, że ktoś przejmuje kontrolę nad satelitą. Zamiast do stacji odbiorczej, kieruje mikrofale na przykład na miasto. Efekt? Usmażenie wszystkiego w obrębie działania – opisuje obrazowo.

Nie zmienia to faktu, że oprócz tych scenariusz rodem z wizji wojennego kina science-fiction, są jeszcze takie, które przewrotnie można określić mianem przyziemnych.

– Najbardziej przyziemną formą rozwoju konfliktów byłyby jednak ataki na satelity i ich niszczenie. Paradoksalnie, ten kto działałby na starych, analogowych technologiach, mógłby w tym scenariuszu zdominować pole bitwy, jednocześnie miałby szansę poważnie uszkodzić gospodarkę przeciwnika, posiadającego przewagę technologii cyfrowych – tłumaczy mój rozmówca.

Tak czy inaczej, konflikt na kosmiczną skalę będzie tak fascynujący, jak przerażająca jest jego wizja.

Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (5)