Oresznik, nowy straszak Putina. To groźny pocisk, ale Polska nie jest bezbronna
Bliski współpracownik Putina Siergiej Karaganow w jednym z wywiadów wspomniał, że celem rosyjskiego uderzenia atomowego może być Poznań. W jaki sposób Polska, która stopniowo rozbudowuje swoją obronę przeciwlotniczą i antybalistyczną, mogłaby obronić się przed ewentualnym atakiem?
Kontrowersyjny zwolennik Donalda Trumpa, medialny celebryta Tucker Carlson zaprosił na rozmowę Siergieja Karaganowa. Bliski współpracownik Putina stwierdził, że zagrożona porażką Rosja może rozważyć atomowy atak na Europę. Jako jeden z potencjalnych celów Karaganow wskazał Poznań.
Kremlowski propagandysta nie powiedział niczego nowego - duże miasta i centra przemysłowe od dziesięcioleci stanowią oczywisty cel dla strategicznej broni jądrowej, a rosyjska doktryna przewiduje możliwość użycia atomowego arsenału w sytuacji zagrożenia dla rosyjskiej państwowości czy ataku konwencjonalnego.
Polska ma czego szukać w kosmosie
Karaganow nieprzypadkowo wymienił jednak Poznań. W Poznaniu znajdują się Wojskowe Zakłady Mechaniczne odpowiedzialne za serwisowanie czołgów Abrams, a pod Poznaniem zlokalizowane są bazy lotnicze w Krzesinach, gdzie stacjonują polskie F-16 i sojusznicze F-35, i w Powidzu, gdzie stacjonują samoloty transportowe.
Słowa Rosjanina obliczone były jednak raczej na wywołanie efektu nie w Polsce, gdzie opinia publiczna zdołała przywyknąć do regularnie powtarzanych, rosyjskich pogróżek, ale w Stanach Zjednoczonych.
Wynika to z faktu, że w Poznaniu znajduje się jedyna stała baza amerykańskich wojsk w Polsce – Camp Kościuszko. Działa tam wysunięte stanowisko dowodzenia V Korpusu Sił Lądowych Stanów Zjednoczonych i dowództwo Garnizonu Sił Lądowych Armii Stanów Zjednoczonych w Polsce (USAG Poland), a w Powidzu znajduje się jeden z amerykańskich magazynów Army Prepositioned Stock – APS-2.
To rozsiana po całym świecie sieć składowisk, w których Pentagon przechowuje ciężki sprzęt, jak czołgi, haubice samobieżne czy bojowe wozy piechoty. Umożliwia to Amerykanom w razie potrzeby szybkie wystawienie sił szczebla brygady. Nie muszą wówczas tracić tygodni na przewiezienie sprzętu przez ocean – wystarczy dostarczyć drogą powietrzną żołnierzy, którzy na miejscu mogą skorzystać ze zmagazynowanej broni.
Oresznik, nowy straszak Putina
Wypowiedź Karagnowa daje dobry powód do zastanowienia się, jakiej broni mogliby użyć Rosjanie i w jaki sposób Polska mogłaby bronić się przed atakiem. Środkiem przenoszenia broni jądrowej, którym w ostatnim czasie Moskwa usiłuje zastraszyć świat, jest pocisk Oresznik. Jest on klasyfikowany jako IRMB, czyli pocisk pośredniego zasięgu, zdolny do przenoszenia sześciu głowic jądrowych na odległość 3-5 tys. km (strategiczne pociski międzykontynentalne ICMB mają zasięg przekraczający 5 tys. km).
Oresznik bez głowicy jądrowej został już użyty w Ukrainie, co pozwoliło na przeanalizowanie pozostałości tej broni i użytych do jej budowy podzespołów. Fakty przeczą narracji Kremla – Oresznik nie jest ani wyjątkowy, ani nowy, ani nowoczesny. Wywodzi się z wcześniejszych systemów uzbrojenia, jak pocisk RS-26 Rubież, a do jego budowy użyto starych podzespołów, opracowanych jeszcze w czasie zimnej wojny.
Nie znaczy to jednak, że Oresznika można lekceważyć – podobnie jak nie można lekceważyć innych pocisków balistycznych, nawet jeśli opracowano je dziesiątki lat temu.
Zwłaszcza, że Oresznik charakteryzuje się wyjątkowo stromym torem lotu. Oznacza to, że choć jego start jest łatwy do wykrycia, pocisk większość trasy pokonuje poza atmosferą, na bardzo dużej wysokości, poza zasięgiem części radarów i większości systemów antybalistycznych. W fazie terminalnej – gdy opada na cel – rozwija bardzo dużą prędkość liczoną w kilometrach na sekundę, dając obronie bardzo mało czasu na reakcję.
Jak Polska może zniszczyć Oresznika?
Zniszczenie takiego celu jest możliwe, ale wymaga użycia bardzo drogich, wyspecjalizowanych systemów antybalistycznych, jak amerykański THAAD, SM-3 czy izraelski Arrow-3, którymi dysponują tylko nieliczne kraje. W jaki sposób Polska może bronić się przed atakiem z wykorzystaniem Oresznika?
Polska konsekwentnie buduje swoją wielowarstwową obronę przeciwlotniczą, realizując kluczowe programy jak Pilica, Narew czy Wisła. Oznacza to, że na razie polska armia pozyskuje systemy przeciwlotnicze bardzo krótkiego, krótkiego i średniego zasięgu.
To wynik hierarchii potrzeb: dla polskich zdolności obronnych kluczowe jest zapewnienie ochrony przed najbardziej prawdopodobnym zagrożeniem, jak samoloty, drony, pociski manewrujące czy pociski balistyczne krótkiego zasięgu, typu Iskander. Zwalczanie pocisków balistycznych klasy IRBM jest teoretycznie możliwe już teraz, ale tylko w niewielkiej odległości od baterii Wisły (system Patriot), której pierwszy dywizjon osiągnął gotowość bojową pod koniec 2025 r.
Rozwijając kluczowe, niskie warstwy obrony przeciwlotniczej, Polska wdraża przy tym amerykański system zarządzania obroną powietrzną IBCS. To "mózg" obrony, który Amerykanie zdołali już zintegrować nie tylko z systemem Patriot, ale także THAAD. To ważne w kontekście Polski, bo w przyszłości może ułatwić budowę polskich zdolności do niszczenia pocisków balistycznych nie tylko w fazie terminalnej, ale także na dużych wysokościach.
Prace nad takimi zdolnościami są już prowadzone w ramach programu Brynica (wcześniej Wisłoka). Celem programu jest pozyskanie przez Polskę kolejnej, najwyższej warstwy obrony powietrznej, co pozwoli na niszczenie pocisków balistycznych na bardzo dużych wysokościach, nawet w przestrzeni kosmicznej.