Efekt Turowa. Dlaczego polski węgiel sprawia, że w sklepach brakuje PlayStation 5

Efekt Turowa. Dlaczego polski węgiel sprawia, że w sklepach brakuje PlayStation 5
02.11.2021 09:07
Efekt Turowa. Dlaczego polski węgiel sprawia, że w sklepach brakuje PlayStation 5
Źródło zdjęć: © Wikimedia Commons

Dwa pozornie oderwane od siebie fakty: elektrownia Turów i jej wpływ na środowisko oraz problemy z dostępnością konsol PS5, kart graficznych czy nawet samochodów. Okazuje się, że są powiązane.

Materiał powstał w ramach ekologicznej akcji WP Naturalnie.

Europa Środkowa. Przez kolejne lata Elektrownia Turów - jedna z największych na Starym Kontynencie i czwarta w Polsce elektrownia - dostarcza prąd zaspokajający zauważalny procent potrzeb całego kraju. Ten otwarty w latach 60. ubiegłego wieku kompleks był jedną z większych inwestycji PRL. Mimo gruntownej modernizacji, nie przystaje już do wymogów współczesnego świata. Czemu? Ponieważ energię w Turowie pozyskuje się ze spalania węgla brunatnego - paliwa o niskiej wartości energetycznej, za to mocno wpływającego na klimat. Elektrownia Turów emituje rocznie 13 mln ton dwutlenku węgla - tyle co cała Litwa.

Południowo-wschodnia Azja. Rok w rok, od tysięcy lat gorące i wilgotne tropikalne cyklony zwane tajfunami docierały nad niewielką wyspę na Morzu Południowochińskim.

Rok w rok, od tysięcy lat tajfuny zapewniały wyspie, którą znamy dziś jako Tajwan, ponad połowę jej wody. Aż pewnego roku nie przyszły, a Tajwan pogrążył się w trwającej osiemnaście miesięcy suszy. Co to ma wspólnego z faktem, że sklep anulował twoje zamówienie na nową konsolę, kartę graficzną, a dealer informuje, że twoje wymarzone auto jest niedostępne?

Półprzewodnikowa apokalipsa

Wyposażeni w systemy obserwacji satelitarnej śledzące pogodę na całym świecie w czasie rzeczywistym, dane zbierane z niezliczonych stacji meteorologicznych oraz zaawansowane, doskonalone od lat modele, jesteśmy w stanie przewidzieć z rozsądnym prawdopodobieństwem pogodę na najbliższe pięć dni. To ogromne osiągnięcie - do niedawna były to tylko trzy dni, a jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie można było mówić o wiarygodnym prognozowaniu na więcej, niż jeden dzień naprzód.

Funkcjonowanie klimatu jako systemu rozumiemy tak, jak świeżo upieczony mechanik zna działanie zaawansowanego silnika.

Kolejną warstwę komplikacji dodaje fakt, że często nie wyobrażamy sobie, jakie skutki dla ludzkiej gospodarki (która sama jest skomplikowanym i chaotycznym systemem) będzie miała nawet drobna zmiana klimatu.

Powiedzieć, że klimat jest skomplikowanym systemem, to tak, jakby stwierdzić, że Pacyfik jest sporym zbiornikiem wodnym. To szczera prawda, ale zarazem monumentalne niedopowiedzenie. Punktem zapalnym nowego kryzysu może być Tajwan - miejsce, gdzie dwa złożone, pozostające w delikatnej, dynamicznej równowadze systemy, gospodarka i klimat, spotykają się i łączą w jeden ciasny węzeł.

W najlepszym wypadku czekają nas podwyżki cen

Gdyby globalna gospodarka została zaprojektowana przez jakiegoś superinżyniera, taki ktoś powinien natychmiast wylecieć z pracy albo dostać swoje dzieło do poprawy. Dlaczego? Bo sytuację, w której ponad 60 proc. światowej produkcji jednego z kluczowych dla niemal każdej gałęzi przemysłu komponentu jest skupione w jednym państwie, na obszarze niecałych 36 tys. kilometrów kwadratowych, trudno nie uznać za proszenie się o katastrofę.

Następny po Tajwanie producent półprzewodników - bo to o nich oczywiście mowa - Korea Południowa, może pochwalić się udziałem w rynku sięgającym tylko 18 proc., a trzeci, Chińska Republika Ludowa, zaledwie 6 proc. Mamy więc, cytując przysłowie, niemal wszystkie jajka w jednym koszyku. Co może pójść nie tak? Na przykład, mogą nie pojawić się deszcze.

Tajwańskie fabryki TSMC (Taiwan Semiconductors Manufacturing Company Limited), światowy hegemon rynku półprzewodników, odpowiadający za ponad 50 proc. globalnej produkcji, zużywają dziennie 150 000 ton wody. Podczas trwającej osiemnaście miesięcy suszy poziom wody w zbiornikach zaopatrujących zakłady TSMC spadł tak bardzo, że nie były one w stanie pokryć zapotrzebowania firmy, która w ostatecznej desperacji przywoziła wodę cysternami z regionów, gdzie była ona choć trochę bardziej dostępna.

Słona cena słodkiej wody

Produkcji nie przerwano ani na chwilę, jednak TSMC musiało za to drogo zapłacić. Według estymacji analityków, dowożenie wody za pomocą cystern kosztowało firmę ponad pół miliarda dolarów w ciągu dwunastu miesięcy. Tymczasem sytuacja będzie się pogarszać. Zużycie wody przez fabryki TSMC wzrosło między rokiem 2015 a 2019 aż o 70 proc. i nadal rośnie, podczas gdy klimatolodzy zgodnie przewidują, że wraz ze zmianami klimatu na Tajwanie będzie padało coraz rzadziej.

Rozwiązania, które można wdrożyć, idą już w dwóch kierunkach. Pierwszym z nich jest optymalizacja procesów produkcji tak, żeby zmniejszyć zużycie wody, a także maksymalne zwiększyć możliwości jej odzyskiwania i powtórnego wykorzystania. Jednak udział recyklingu w całym bilansie wodnym TSMC już w tej chwili sięga imponującego pułapu 87 proc., co nie uchroniło firmy przed koniecznością dowożenia cennego płynu cysternami. Drugi to nadzieja na przetrwanie w wysychającym świecie – odsalanie wody morskiej.

Proces odsalania pozwala pozbyć się soli z wody morskiej, czyniąc ją zdatną do użycia w procesach przemysłowych i udostępniając w ten sposób gospodarce ogromne zasoby światowego oceanu. Odsalanie wymaga jednak zbudowania odpowiedniej infrastruktury, a także – i przede wszystkim – dużych ilości energii. Według obecnych kalkulacji, odsolenie tony wody będzie kosztowało około 1 dolara. Biorąc pod uwagę ilości, jakie będą potrzebne fabrykom, analitycy przewidują, że na użycie przystosowanej wody morskiej będzie mogło pozwolić sobie wyłącznie TSMC, a zastosowanie tego rozwiązania poważnie wpłynie na finanse firmy. A to oznacza wzrost cen.

Albo węgiel, albo procesory

Recykling, optymalizacja, odsalanie - każde z tych rozwiązań musi zostać wdrożone, żeby utrzymać produkcję półprzewodników na co najmniej obecnym poziomie. Jednak wszystkie one mają fundamentalną wadę: przeciwdziałają skutkom, nie przyczynom. No właśnie, ale jakie są przyczyny?

Według badaczy z Intergovernmental Panel on Climate Change (IPCC, Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu), to zmiany w temperaturze wód Pacyfiku powodują w konsekwencji zmiany w powstawaniu cyklonów. Te nie tylko rodzą się gdzie indziej, iż do tej pory i wędrują dalej na północ, niż miały w zwyczaju, ale też będą wyraźnie słabsze. Zmiany temperatury wody w oceanach to część globalnego ocieplania się klimatu, spowodowanego rosnącą koncentracją gazów cieplarnianych w atmosferze. Tych gazów cieplarnianych, które w ogromnych ilościach dzień w dzień pompuje do atmosfery między innymi elektrownia Turów.

Wszystko to oznacza, że polegający w ogromnej mierze na deszczach przynoszonych przez tajfuny Tajwan, będzie otrzymywał z roku na rok mniej wody. Klimat jest oczywiście - jak wspominaliśmy - niezwykle złożonym mechanizmem i tropikalne cyklony nie przestaną nawiedzać swojej ulubionej wyspy od razu i całkowicie. Jednak zdaniem IPCC w kolejnych latach zamiast średnio trzech-czterech tajfunów rocznie, wodę nad Tajwan przynosić będą dwa-trzy, a sytuacje takie jak ta z roku 2020, kiedy nie przyszedł ani jeden tajfun, mogą powtarzać się częściej.

Jednak najbliższe lata to tylko początek.

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (804)