Cisza wyborcza obowiązywała także na Facebooku. Incydentami może zająć się policja

Cisza wyborcza obowiązywała także na Facebooku. Incydentami może zająć się policja 22.10.2018 10:48
Cisza wyborcza obowiązywała także na Facebooku. Incydentami może zająć się policja
Źródło zdjęć: © Forum | Daniel Dmitriew

Cisza wyborcza obowiązuje w internecie tak samo, jak poza nim, o czym wielu zapomina. Post na Facebooku to jak wywieszenie plakatu. Wkrótce może się to zmienić, ale do kogoś, kto w sieci agitował w czasie głosowania, może jeszcze zapukać policja.

- Nie widziałbym przeszkód dla likwidacji ciszy wyborczej przed głosowaniem – powiedział w sobotę w rozmowie z TVN24 szef Państwowej Komisji Wyborczej Wojciech Hermeliński. I na pewno znajdą się osoby, które się z nim zgodzą. Kolejne wybory to kolejny dowód na to, że w dobie internetu cisza wyborcza jest przestarzałym rozwiązaniem.

Kontrowersji w tym roku również nie brakowało. W sobotę rano na profilu społecznościowym Borysa Budki z PO pojawił się spot wyborczy jednego z kandydatów. Polityk tłumaczył, że doszło do "błędu systemu", bo wpis miał zostać opublikowany dzień wcześniej, a nie w trakcie ciszy wyborczej.

Z podobnym problemem zmagał się dziennikarz Mariusz Szczygieł. Jego post na Instagramie, według komentujących, pojawił się w sobotę zaraz po północy, na co wskazywać miały komentarze. Szczygieł w rozmowie z serwisem Wirtualnemedia.pl zapewnił, że zamieścił go przed północą. Ze względu na dyskusję, która powstała pod wpisem, zdecydował się go usunąć.

Takie zdarzenia mogą nosić znamiona złamania ciszy wyborczej. Ta obowiązuje w internecie tak samo jak wszędzie. Już w 2014 roku PKW informowało, że post na Facebooku to odpowiednik wywieszenia plakatu na ulicy. Nie wolno więc nawoływać do głosowania na określonego kandydata, zamieszczać spotów wyborczych czy wyrażać w dyskusjach swojego poparcia. Pojawia się jednak inny problem.

Tak jak plakaty i ulotki wiszą w trakcie ciszy wyborczej na ścianach i słupach, tak i w internecie nie trzeba kasować materiałów, które wcześniej się udostępniało. Ale jeśli w tym czasie polubimy zachęcające do głosowania na kandydata posty, zdjęcia lub filmy czy też opublikujemy dokument, który jest sugestywny i może wpłynąć na czyjąś opinię, to łamiemy ciszę wyborczą. I trzeba się liczyć z tym, że ktoś mógł donieść o tym na policję.

Co z kartami do głosowania, które niektórzy chętnie wrzucali w dniu wyborów? PKW wyraźnie podkreśla: "Zakazane jest także udostępnianie zdjęć, faktów czy dokumentów, które mogłyby być sugestywne dla innych i wpływać na wynik głosowania". Należy więc rozumieć, że karta do głosowania, na której widzimy oddany głos na konkretnego polityka, do tego się zalicza - mamy tutaj jawne wskazanie i "zachwalanie". Sędzia PKW na przedwyborczej, piątkowej konferencji stwierdził, że to organy ścigania i sądy decydują o tym, co stanowi złamanie zakazu agitacji wyborczej. To one będą dochodzić, kto, w jakim celu i dlaczego przekazywał materiały.

Wszelkie zgłoszenia związane z możliwym złamaniem ciszy wyborcze trafiają na policję, a nie do PKW. Jak podkreślały przed wyborami służby, każdy przypadek jest inny, więc każdy oceniany jest indywidualnie. Zasada jest jednak taka, że publiczne demonstrowanie poparcia jest zakazane.

"Ocena, czy w danym przypadku doszło do naruszenia tych zakazów, nie będzie należała do Państwowej Komisji Wyborczej, lecz do organów ścigania i sądów" - tłumaczy PKW. Zapytaliśmy policję, czy służby bazują wyłącznie na zgłoszeniach obywateli, czy też same przeczesywały internet w poszukiwaniu incydentów, ale w chwili publikacji nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Zakładając, że dany przypadek zostanie zaliczony do naruszenia ciszy wyborczej, to od sądu zależeć będzie kara grzywny. Za złamanie ciszy wyborczej grozi od 20 zł do 5 tys. zł. Znacznie więcej - od 500 tys. zł do 1 mln zł - zapłacić może ten, kto w czasie ciszy wyborczej publikował sondaże.

Dla służb namierzanie sprawcy wykroczenia w internecie to nie problem. I nie potrzeba ciszy wyborczej, by się o tym przekonać. Za obraźliwe wpisy jeden mężczyzna będzie miał sprawę w sądzie. Niedawno pisaliśmy o przypadku, kiedy Straż Miejska interweniowała na Facebooku, ponieważ jeden z członków publicznej grupy użył w widocznym dla wszystkich komentarzu przekleństwa.

Cisza w sieci to fikcja

"W dobie internetu cisza wyborcza to iluzja" - stwierdził szef PKW w tej samej rozmowie z TVN24, w której przyznał, że likwidacja ciszy wyborczej przed głosowaniem ma sens. Przekonujemy się o tym podczas każdych wyborów, kiedy to internauci szukają sposobów, by omijać ciszę wyborczą. Wyniki sondaży w mediach społecznościowych podaje się więc czytelnym szyfrem - partię i kandydatów zastępują owoce i warzywa, a ich ceny są szacowanym wynikiem. Ale nawet taki kamuflaż może zostać zaliczony do naruszenia ciszy wyborczej.

- My apelujemy, żeby powstrzymać się od takich działań. Organy właściwe do badania takich spraw mogą brać pod uwagę te kwestie, ponieważ agitacja, publikowanie sondaży w czasie trwania ciszy wyborczej jest zakazane - mówił sędzia PKW Wiesław Błuś na przedwyborczej konferecji.

Problem w tym, że cisza wyborcza nie tylko wyzwala kreatywność, ale jest też szansą dla oszustów. Jak zauważył serwis Konkret 24, w sieci pojawiły się fikcyjne profile PKW. Autorzy fałszywej strony udzielali się w komentarzach, strasząc użytkowników Facebooka, że ci złamali ciszę wyborczą. Nie tylko namawiali do usunięcia postów, które rzekomo łamią prawo, ale też sugerowali "udawanie się do odpowiednich organów celem wyjaśnienia sprawy".

Głosy, by znieść ciszę wyborczą ze względu na internet - i na to, jak łatwo w sieci ją ominąć lub nieumyślnie naruszyć - pojawiają się od dawna. Jednak wówczas problem fake newsów i internetowych manipulacji nie był tak duży. Dziś jasne już jest, że obce mocarstwa manipulują społeczeństwami i mogą wpływać na wyniki wyborów. Możemy tylko domyślać się, co działoby się w sieci, gdyby cisza wyborcza przestała obowiązywać. Fałszywe posty, fotomontaże, a w niedalekiej przyszłości nawet spreparowane filmiki ośmieszające kandydatów byłyby normą w trakcie głosowań. Nowa metoda, opracowana przez badaczy z Carnegie Mellon University, może przełożyć mimikę i ruchy ust jednej osoby na inną. Dzięki niej Donald Trump może mówić tak samo, jak Barack Obama, a Jarosław Kaczyński jak Lech Wałęsa. Osoby, które nawołują do zlikwidowania ciszy wyborczej, powinny być świadome nowych zagrożeń.

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (65)