"Kompania Reprezentacyjna WP kiedyś była elitą. Dziś błędy widzę nawet w telewizji"

"Kompania Reprezentacyjna WP kiedyś była elitą. Dziś błędy widzę nawet w telewizji"
14.08.2018 10:31
"Kompania Reprezentacyjna WP kiedyś była elitą. Dziś błędy widzę nawet w telewizji"
Źródło zdjęć: © PAP | Radek Pietruszka

Są obecni na każdym święcie państwowym, pogrzebach ważnych osób, a przy Grobie Nieznanego Żołnierza pełnią całodobową wartę honorową. Kompania Reprezentacyjna Wojska Polskiego to elitarny oddział wśród jednostek reprezentacyjnych. Tak mówią o niej jej byli żołnierze. Mówią też, że ci dzisiejsi są słabo wyszkoleni, co widać gołym okiem.

Inni żołnierze mówią o nich "konie", bo całe dnie spędzają na tupaniu, czyli treningu marszu defiladowego i musztry paradnej. Większość żołnierzy ten element wojskowego rzemiosła traktuje, w najlepszym wypadku, jako przykry obowiązek, a często jako zło wcielone. Dla żołnierzy Kompani Reprezentacyjnej jest to natomiast chleb powszedni. I chociaż może się wydawać, że maszerowanie w galowym mundurze to nic przy marszach po poligonie z dwudziestokilogramowym plecakiem, bronią i oporządzeniem, to wcale tak nie jest.

Tupanie przez kilka godzin dziennie to ogromny wysiłek

- Idąc do wojska byłem w świetnej kondycji fizycznej – mówi w rozmowie z WP Tech Piotr Głogowski, który służył w KRWP w latach 1991-93. – Pływałem, biegałem, nigdy nie byłem bardziej wysportowany. Mimo to służba w "koniach" dała mi prawdziwie w kość. Ci, którzy byli słabiej przygotowani ode mnie, a tych było wielu, mieli jeszcze gorzej. Nie wszyscy wytrzymywali. Wtedy byli przenoszeni do czwartego plutonu, który nie brał udziału w imprezach. Najgorsi, albo ci, którzy poważnie zawinili, byli przenoszeni do innych jednostek. To był największy dyshonor.

Wysiłek jaki towarzyszy żołnierzom KRWP podczas oficjalnych imprez jest zupełnie inny od tego, którego doświadczają sportowcy. Nie jest to długotrwały, ale jednostajny wysiłek jak podczas biegów długodystansowych czy gier zespołowych. Nie jest to także krótki wysiłek sprinterów, ciężarowców czy zapaśników. Udział w imprezie, która może trwać od kilkudziesięciu minut do kilku godzin, to często długi czas absolutnego bezruchu, po którym następuje intensywna praca, która musi być wykonana bezbłędnie.

- Najgorsze były rzuty karabinkiem po długim okresie stania na baczność – mówi Piotr Głogowski. – Stawy i mięśnie były wtedy tak zastałe, że ciężko się ruszyć, a komendy trzeba było wykonać z dokładnością do centymetra.

Trening trwa od pierwszego do ostatniego dnia

Żołnierze jednostek reprezentacyjnych trenują całą służbę. Zaczynają tak jak wszyscy od podstaw, czyli postawy zasadniczej (na baczność) i ćwiczenia kroku defiladowego w miejscu (podnoszenie jednej nogi i wymach przeciwnej ręki, i tak na zmianę). Potem maszerowanie w czwórkach i większych pododdziałach. Manewry z bronią to najwyższy poziom wtajemniczenia. Treningi trwają po kilka godzin dziennie. W czasach służby zasadniczej często odbywały się też wieczorem i w nocy.

- Żołnierz do dużego święta przygotowuje się całą służbę – mówi w rozmowie z WP Tech kpr. rez. Marcin Głowacki, który w "koniach" służył w latach 98-99. - Nie ma sposobu na wyszkolenie żołnierza w trybie przyspieszonym, aby mógł wziąć udział w dużej uroczystości. To proces, w którym żołnierz nie tylko uczy się poszczególnych komend i manewrów, ale i dojrzewa emocjonalnie.

- Sama defilada dla wyszkolonych i dobrze zgranych żołnierzy to frajda jakich mało – wspomina Marcin Głowacki. - Marsz w rytm muzyki w połączeniu z hukiem defilujących dziesiątek wojskowych butów z metalowymi podkuciami, wzrok gapiów, ich podziw, uśmiech i często łzy, wywołują w żołnierzach ogromną moc, nieopisaną satysfakcję i dumę oraz zachwyt z uczestnictwa w tym wydarzeniu.

Dziś nie ma już takich koni

Moi rozmówcy, którzy przygodę w Kompanii Reprezentacyjnej zakończyli lata temu, z przykrością patrzą na dzisiejszy poziom wyszkolenia żołnierzy ze swojej starej jednostki. Ich zdaniem to już nie to samo.

- Nawet oglądając defiladę w telewizorze widzę, że ruchy nie są idealnie równie, że żołnierze nie są ze sobą idealnie zgrani – mówi Piotr Głogowski. - Zawsze jakiś karabin opadnie o kilka centymetrów za dużo, albo wychyli się za wcześnie.

- Jeżeli miałbym ocenić dzisiejsze defilady według kryteriów sprzed dwóch dekad, to liczba błędów i niedociągnięć byłaby zawstydzająco długa – mówi Marcin Głowacki. - Za moich czasów sami pełniliśmy warty i sprzątaliśmy jednostkę. Żołnierze nie wychodzili do domu o 15.30, tylko ćwiczyli czasem do późnych godzin nocnych. Nie było mowy o prawie do odwołania się do mobbingu, tylko posłusznie znosiło się kary i bluzgi ze strony przełożonych.

Wojsko robiło mężczyzn z chłopców

- Mimo ciężkich warunków wspominam ten czas z dużym sentymentem – mówi Głowacki. - Żołnierz rósł na faceta z krwi i kości. W drodze surowej eliminacji po kilku tygodniach jawił się zarys formacji mającej w późniejszym czasie pełnić funkcję Kompanii Reprezentacyjnej WP. Najbardziej elitarnego pododdziału reprezentacyjnego w Polsce.

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (530)