Trump zapowiada działania przeciwko Iranowi. Jakimi siłami dysponuje?
Masakra Irańczyków protestujących przeciwko opresyjnej władzy wywołuje sprzeciw na całym świecie. Pomoc dla protestujących zadeklarował m.in. Donald Trump, który nie sprecyzował jednak, na czym amerykańskie wsparcie miałoby polegać. Jedną z możliwych opcji jest ponowienie amerykańskich nalotów na Iran. Jaki sprzęt może do tego celu wykorzystać Pentagon?
Kraje takie jak Rosja, Chiny czy Iran przez lata budowały propagandowy mit "baniek antydostępowych". Nazywano tak obszary, gdzie – za sprawą nowoczesnych systemów przeciwlotniczych – siły powietrzne Zachodu miały zostać pozbawione przewagi i być niezdolne do wykonywania swoich zadań.
Konflikty zbrojne ostatnich lat zweryfikowały ten budowany latami, propagandowy obraz. Ataki lotnicze prowadzone przez koalicję państw NATO, Izrael czy Stany Zjednoczone w Libii, Syrii, Iranie czy Wenezueli (a także użycie zachodniej broni w Ukrainie) obnażyły nieskuteczność rosyjskich, chińskich czy irańskich systemów przeciwlotniczych.
Polska ma czego szukać w kosmosie
Spektakularnym pokazem możliwości Zachodu była operacja Midnight Hammer, w czasie której – po zniszczeniu obrony przeciwlotniczej – samoloty USA i Izraela miały nad Iranem swobodę działania, a irańskie lotnictwo w ogóle nie podjęło walki. Podobnie jak w przypadku ataku na Wenezuelę, naloty na Iran zostały przeprowadzone bez straty ani jednego samolotu.
Powietrzne tankowce na Bliskim Wschodzie
W takim kontekście słowa Donalda Trumpa, zapewniającego protestujących Irańczyków o nadciągającej pomocy, mogą oznaczać ponowienie ataków z powietrza. Zwłaszcza, że amerykańska ambasada w Iranie zaapelowała do Amerykanów przebywających na terenie tego kraju o jego pilne opuszczenie, w miarę możliwości drogą lądową. Co więcej, Stany Zjednoczone gromadzą w regionie siły, mogące stanowić zaplecze logistyczne dla ataku na Iran.
Potwierdzają to intensyfikacja lotów do amerykańskich baz na Bliskim Wschodzie, do których kierowane są samoloty transportowe C-17 Globemaster III i C-5M Galaxy. Amerykanie przebazowali także swoje powietrzne cysterny – samoloty KC-135 Stratotanker i KC-46A Pegasus.
Pentagon nie dysponuje jednak w regionie żadnym lotniskowcem. Według oficjalnych danych U.S. Navy wszystkie okręty tej klasy, wykonujące obecnie jakieś zadania na morzu, znajdują się albo w pobliżu wschodniego wybrzeża USA lub na Karaibach, albo na zachodnim Pacyfiku.
Dlatego podczas ewentualnych ataków na Iran Stany Zjednoczone musiałyby oprzeć się na siłach stacjonujących w bazach na Bliskim Wschodzie i w Europie, gdzie znajdują się m.in. samoloty F-16 i F-15, lub atakować Iran bombowcami strategicznymi startującymi z terytorium USA – jak B-52, B-1B czy B-2.
U.S. Navy nie informuje, ile okrętów znajduje się obecnie w regionie, jednak amerykańskie siły morskie są znacznie słabsze niż podczas ubiegłorocznych nalotów na Iran, czy działań przeciwko Huti w Jemenie. Oficjalny komunikat dotyczy tylko jednego okrętu, niszczyciela USS Roosevelt (typu Arleigh Burke), który przepłynął Zatokę Arabską i działa w obszarze Centralnego Dowództwa Stanów Zjednoczonych (CENTCOM), odpowiedzialnego za Bliski Wschód.
Naloty na Libię
Stany Zjednoczone mają już na swoim koncie militarne wsparcie na Bliskim Wschodzie dla protestujących przeciwko dyktatorskiej władzy. Podczas arabskiej wiosny – czyli serii wystąpień mieszkańców państw arabskich w latach 2010-2012 – Amerykanie, poza deklarowaniem wsparcia politycznego, prowadzili także działania zbrojne.
Ich początkiem była operacja Świt Odysei – amerykańska część międzynarodowych działań, podjętych w Libii przeciwko walczącym z siłami opozycji wojskom Muammara Kaddafiego. W marcu 2011 r. Stany Zjednoczone wykonały serię ataków przy pomocy pocisków manewrujących Tomahawk, wystrzeliwanych z pokładów okrętów wojennych.
Prowadzono także naloty – na Morzu Śródziemnym USA dysponowało kilkoma okrętami desantowymi z pokładami lotniczymi. Jeden z nich, USS Kearsarge (typu Wasp), był wykorzystywany przez Korpus Piechoty Morskiej do obsługi bombardujących Libię samolotów pionowego startu AV-8B Harrier II.
Główny ciężar prowadzonych działań spoczywał jednak na samolotach startujących z bazy Aviano we Włoszech. Do ataków na Libię startowały z niej m.in. samoloty walki radioelektronicznej EA-18G Growler, a także uderzeniowe F-15E Strike Eagle i F-16C.
Operacja była wszechstronnie zabezpieczona – w powietrzu dyżurowały latające cysterny, a także samoloty rozpoznania radioelektronicznego i AWACS-y. W nalotach brały także udział bombowce strategiczne, jak B-1B czy startujące z bazy Whiteman w USA trudnowykrywalne bombowce B-2, które atakowały libijskie cele po wykonaniu transkontynentalnego lotu.