20 kwietnia przeprowadzano serię testów statku kosmicznego Dragon. Niestety podczas sprawdzania silników doszło do awarii, którą NASA określiła jako "anomalię". Silnik eksplodował, co udało się uwiecznić na nagraniu:
Eksplozja była tak silna, że całkowicie zniszczyła kapsułę Dragon. Najwidoczniej dla NASA szklanka jest zawsze do połowy pełna. Jak stwierdziła Kathy Lueders z NASA całe wydarzenie to dla agencji swego rodzaju "prezent". Zapewne nie zareagowano na "prezent" tak:
Ale wygląda na to, że wielkiej smuty nie było.
- Dużo się uczymy - przedstawiciel NASA powiedział w rozmowie z serwisem Space News. - Czasami z takich porażek można wyciągać cenne wnioski.
Zobacz też: Lunares - kosmiczna baza w Polsce
Coś w tym jest. W NASA muszą znać powiedzenie, że jeśli się nie przewrócisz, to się nie nauczysz. Trudno też wpadać w grobowy nastrój. Do zdarzenia doszło w końcu podczas testów, a do tego próby są, by zobaczyć, gdzie popełniono błąd.
Śledztwo w sprawie eksplozji wciąż trwa. Jednak zaraz po wydarzeniu NASA wiedziała, że wypadek nie pokrzyżuje planów związanych z wykorzystaniem technologii opracowanej przez SpaceX. Na całe zdarzenie zareagowano spokojnie.
"NASA została poinformowana o wynikach testu statku SpaceX i o anomalii, do której doszło podczas finalnego testu. Będziemy pracować nad tym, aby zwiększyć bezpieczeństwo naszego programu komercyjnych lotów kosmicznych" - napisał na Twitterze Jim Bridenstine z NASA.