Testowali bomby atomowe na ludziach. "Mój własny rząd mi to zrobił"
– Obraz kości, całego kręgosłupa, który możesz zobaczyć przez skórę, po prostu mną zawładnął. Pomyślałem, że to niesamowita historia, o której w Polsce mało kto wie – mówi Łukasz Dynowski, autor książki "Atomowi. Testy nuklearne na ludziach".
Przez dziesiątki lat Amerykanie prowadzili testy bomb atomowych i termojądrowych na ludziach. Na własnych, młodych żołnierzach. Wysyłali ich na miejsce wybuchów, czy to na pustynię w Nevadzie, czy na rajską wyspę na Pacyfiku. Nie zaopatrywali ich w odzież ochronną, nie ostrzegali o niebezpieczeństwie, nie mówili, jakimi grozi to chorobami, ani czy ich wybuch zmiecie z powierzchni ziemi. Zamiast tego obiecywali spędzenie miłego czasu i przekonywali, że to wielka, ściśle tajna akcja, dzięki której przejdą do historii. Dziennikarz o2.pl i Wirtualnej Polski Łukasz Dynowski w książce "Atomowi. Testy nuklearne na ludziach" (Wydawnictwo Agora) dokładnie opisał, co się z nimi stało.
Jacek Stańczyk: Chciałbyś zobaczyć, jak wybucha bomba atomowa?
Łukasz Dynowski: Nie chciałbym.
Dlaczego nie? Ludzie, których w książce cytujesz, mówili, że jest piękna.
Chyba mi jednak wystarczą filmy na YouTube. Biorąc pod uwagę konsekwencje zdrowotne, jakie spotkały część tych ludzi, to zdecydowanie bym nie chciał.
To rozumiesz, dlaczego mówią, że jest piękna?
Tak, rozumiem ich. Zmieniające się kolory, o których opowiadają, cała potęga grzyba atomowego – myślę, że na żywo to rzeczywiście może tworzyć piękny obraz czy też zjawisko.
To jakim obrazem mogą być własne kości, tak naprawdę cały szkielet, który można dostrzec przez skórę podczas wybuchu?
To jest powód pierwszy, dla którego zdecydowałem się napisać tę książkę. W jakimś sensie ten obraz mną zawładnął. Pomyślałem, że to niesamowita historia, o której w Polsce mało kto wie. Myśląc o bombie atomowej, wszyscy przywołują II wojnę światową, Hiroszimę i Nagasaki. A tu są historie młodych chłopaków, którzy siedzieli gdzieś na rajskiej wyspie albo na okręcie i oglądali swoje kości, całe kręgosłupy, podczas takiego wybuchu. 93-letni dziś Alex Partezana, jeden z moich rozmówców, siedział w okopie tylko 2 km od eksplozji.
Amerykanie zwozili młodych żołnierzy na miejsce testów takiej bomby, operacje były ściśle tajne. Kazali im przebywać w strefie wybuchu, sprawdzali, co się stanie, gdy opadnie na nich chmura popromienna. Nie było odzieży ochronnej. To były króliki doświadczalne i były ich tysiące. Przerażający obraz rozwiniętego, zachodniego kraju.
Żołnierze, z którymi rozmawiałem, musieli siedzieć cicho. Ale potem zaczęli chorować na nowotwory, ich rodziny zaczęły chorować, ich dzieci, potem wnuki rodziły się z problemami zdrowotnymi, a oni wpadali w depresję, temat zaczął być głośny. Tak, jest to przerażające, że taki kraj, który uznajemy za ostoję demokracji, wolności i w ogóle rozwoju, robi takie rzeczy.
Jeden z żołnierzy, konając tuż przed śmiercią na raka, powiedział: "To mój własny rząd mi to zrobił".
Tak, to był akurat weteran brytyjski, a to były jego ostatnie słowa, cytowane przez córkę, z którą rozmawiałem. Inny weteran mówił do mojego rozmówcy, żeby nie pozwolił "tym draniom wygrać" - draniom, czyli w tym przypadku władzom brytyjskim. Anglicy zachowywali się podobnie do Amerykanów, choć byli trochę spóźnieni w wyścigu nuklearnym. Brytyjczycy do dziś nie mają odszkodowań, w przeciwieństwie do Amerykanów. Ci z kolei narzekają za to na medale, które dostali. Jeden z moich rozmówców nazwał je śmieciami.
Dopiero w połowie lat 90. prezydent Bill Clinton przepraszał żołnierzy za to, że państwo tak ich potraktowało.
Myślę, że przeprosiny były mocno spóźnione. Zginęły też w medialnym zgiełku, bo tego samego dnia ogłoszono wyrok w sprawie O.J. Simpsona i wszyscy żyli tym. Co ciekawe, niektórzy weterani przez lata nawet nie wiedzieli, że są weteranami atomowymi, że istnieje jakaś organizacja, która ich zrzesza, że mogą się dzielić swoimi doświadczeniami. Te przeprosiny były trochę na odczepnego.
Ale ten obraz nie jest czarno-biały. W książce jest też weteran, który był dumny z udziału w tych testach, a zrozumiał to dopiero niedawno, gdy… Rosja zaatakowała Ukrainę i pomimo tego nie mamy dziś wojny światowej.
Absolutnie, to nie jest jednoznaczne. Myślę, że dominującą emocją jest poczucie krzywdy, ale jednocześnie jest też u niektórych poczucie dumy. Przekonanie, że tylko dzięki bombie i tym testom nie doszło jeszcze do trzeciej wojny światowej.
Dzięki temu, że pokazano światu siłę tej broni?
Tak. Została zrzucona na Hiroszimę i Nagasaki i wszyscy zobaczyli, co potrafi. Chociaż Amerykanie na początku ukrywali skutki, na przykład chorobę popromienną, nazywając doniesienia z Japonii propagandą. Tuszowanie skutków wybuchów ciągnie się od samego początku historii nuklearnej - żołnierzom uczestniczącym w testach też mówiono, że nic im nie grozi. Ale tak, dzięki temu, że świat zobaczył tę broń, a Amerykanie i Rosjanie, którzy też ją testowali, wiedzieli o jej mocy, nie dochodzi do bezpośredniego konfliktu między mocarstwami. To byłby koniec świata.
Mogło wygrać mocarstwowe myślenie: jestem częścią czegoś wielkiego, tworzę historię.
Oni mieli wtedy po 19-20 lat. Wyobraźmy to sobie: zabiera cię dowództwo na przykład na rajską wyspę, gdzie masz słońce, plażę, w zasadzie nic do roboty, pełne wakacje. Jeden z weteranów mówił mi, że on wcześniej najdalej był kilkanaście kilometrów od domu, w sąsiednim miasteczku, gdzie z kuzynem pojechał motocyklem. I teraz dostajesz taki rozkaz, na dodatek mówią ci, że to super tajny projekt, że doświadczysz czegoś wielkiego… Więc ja się tej ich dumie nie dziwię i ją rozumiem, gdy ktoś myśli: dzięki temu, co widzieliśmy, nie ma kolejnej wielkiej wojny.
A atomowe testy na ludziach dzisiaj są możliwe?
Pewnie nie w takiej formie. Ale testy atomowe są oczywiście możliwe. Dopiero co prezydent Francji powiedział, że kolejne 50 lat to będzie era nuklearna. Donald Trump też wspominał w ubiegłym roku o wznowieniu testów. Chodziło jednak raczej o tak zwane testy subkrytyczne, bez samego wybuchu, jakie przeprowadza na przykład Rosja. Ale USA oskarżyły też niedawno Chiny o testy podziemne, w których do eksplozji dochodziło, a Chiny próbowały to ukryć przed światem poprzez osłabienie sygnału sejsmicznego. Na świecie jest mnóstwo czujników, m.in. sejsmicznych, które sprawiają, że ukryć wybuch jądrowy jest bardzo trudno. Ale próby, jeśli wierzyć USA, mają miejsce. A ja bym się nie zdziwił, gdyby za jakiś czas w Nevadzie czy na Pacyfiku znowu coś testowano na grubo.
To ile czasu zajęłoby mocarstwom zniszczenie świata?
Jeśli Stany Zjednoczone odpaliłyby rakiety w stronę Rosji, Rosjanie by odpowiedzieli. Ponieważ oba państwa mają ponad pięć tysięcy głowic jądrowych, to - o ile nikt by się nagle nie opamiętał - poszłoby bardzo szybko.
Jeden dzień?
Pół godziny, może godzinę…
Premiera książki "Atomowi. Testy nuklearne na ludziach" (Wydawnictwo Agora) będzie miała miejsce 11 marca 2026 r.