Dlaczego wciąż nie wróciliśmy na Księżyc? Taki jest znak naszych czasów
Pierwszy lot ludzi wokół Księżyca w XXI w. jest na wyciągnięcie ręki, ale data startu wciąż jest niewiadomą. Szukamy powodów takiego stanu rzeczy, ale obiektywnie i bez ciskania "gromów".
W 1947 r. przerobiona niemiecka rakieta V2 z czasów II wojny światowej wyniosła na orbitę Ziemi muszki owocowe. Dekadę zajęło, by radziecki Sputnik 1 stał się pierwszym sztucznym satelitą Ziemi. 12 kwietnia 1961 r. Rosjanin Jurij Gagarin poleciał w kosmos, a niedługo po nim, 5 maja, Amerykanin Alan Shepard. Trzy tygodnie później prezydent John F. Kennedy zapowiedział, że USA do końca dekady umieszczą człowieka na Księżycu, choć NASA wówczas nie wiedziała jeszcze w jaki sposób. A jednak 20 lipca 1969 r. Neil Armstrong i Buzz Aldrin postawili pierwsze kroki na Srebrnym Globie. Niestety trzy lata później program Apollo został zawieszony przez prezydenta Nixona ze względu na koszty i spadek zainteresowania społecznego.
Pora wrócić na Księżyc. USA starają się o to już ponad 20 lat
W 2004 r. prezydent George W. Bush ogłosił program Vision for Space Exploration planem powrotu na Księżyc, co miało nastąpić nie później niż w 2020 r. W dalszej kolejności ruszył program Constellation, który w 2010 r. został skasowany przez prezydenta Baracka Obamę. Rok później skończyły się loty wahadłowców. W 2017 r. w trakcie pierwszej kadencji prezydent Donald Trump oficjalnie powołał do życia program Artemis, którego rdzeniem jest księżycowa rakieta SLS (Space Launch System). Boeing, główny kontraktor NASA, miał problemy przy jej produkcji. Natura też nie sprzyjała, bo tornado uszkodziło fabrykę, a gdy projekt zaczął stawać na nogi po pandemii COVID-19, gotowe komponenty rakiety nie działały tak jak trzeba.
Artemis I, bezzałogowy i wciąż jedyny lot SLS w 2022 r. ujawnił niedoskonałość osłony termicznej kapsuły Orion. To nie wszystko, bo na kapsułę dla załogowej misji Artemis II spadła plaga awarii układów zasilania. Wreszcie w 2026 r., ponad dwadzieścia lat po deklaracji prezydenta Busha, załogowy lot ma dojść do skutku. To wciąż tylko odpowiednik misji Apollo 8, czyli podróży człowieka wokół Księżyca. Lutowy termin jest już nierealny, bo podczas mokrej próby tankowania rakiety zawiodły zawory ciekłego wodoru. Kolejna próba ujawniła usterkę instalacji dostarczającej hel. Już nawet nie marzec, a dopiero kwiecień 2026 r. pojawił się w rozpisce startów.
Ponad pół wieku postępu? Trudno odnieść takie wrażenie
Wciąż nie jest to termin pewny, jak mówi mi Maciej Myśliwiec ze Space Agency. Dyskutuję z nim nad kwestią niemocy NASA, która nie jest w stanie osiągnąć tego, co zrobiono w początkach eksploracji kosmosu. Owszem, NASA miała wtedy gigantyczny budżet, kilka razy większy niż obecnie, ale realia były też inne. Presja ze strony polityków, wyścig kosmiczny z ZSRR działały niczym adrenalina. Sytuacja geopolityczna nie jest wyjaśnieniem, bo i w czasach Apollo USA były uwikłane w konflikt, niesławną wojnę w Wietnamie.
Chce się powiedzieć, że za nami tyle lat rozwoju technologii, bo, jak dodaje Maciej Myśliwiec, technologie z Apollo siłą rzeczy musiały ewoluować. Stawia jednak pytanie - czy SLS rzeczywiście reprezentuje pół wieku postępu? - i od razu odpowiada - trudno odnieść takie wrażenie.
- NASA brakuje odwagi i pędu z lat 60., ale też "klimat" jest inny. Dziś każdy błąd ma zupełnie inną wagę polityczną i medialną. Społeczeństwo ma dużo mniej tolerancji dla błędów - realia naszych czasów to jeden z czynników, który jest usprawiedliwieniem tak ostrożnego w porównaniu z czasami Apollo reagowania na problemy rakiety SLS.
A te mogą się zwielokrotnić. Bo, jak słyszę - podczas napraw bardzo często wychodzą dodatkowe rzeczy. Coś drobnego, coś większego, ale prawie zawsze coś. Potem konieczne są ponowne testy na wyrzutni.
- Jeżeli NASA przyciśnie tempo i nie pojawi się nowy temat, który wywróci harmonogram, kwiecień jest możliwy. Ale marginesu błędu tu praktycznie nie ma. Jedno potknięcie potrafi przesunąć wszystko o tygodnie. Osobiście bym spodziewał się startu na przełomie kwietnia i maja - to sugestia, z którą trudno się nie zgodzić.
SLS to program patchworkowy bez świetlanej przyszłości
- Elementy z różnych technologicznych epok zostały spięte decyzją polityczną. Rakieta jest ogromna i robi wrażenie, ale operacyjnie jest mało elastyczna - przypomina Maciej Myśliwiec, który nie widzi świetlanej przyszłości dla tego projektu, nawet jeśli pierwszy załogowy lot wokół Księżyca dojdzie do skutku. Dlatego jest trochę prawdy w twierdzeniu, że "nie jesteśmy dziś mądrzejsi, tylko bardziej skomputeryzowani, czasem aroganccy wobec pomysłowości ludzi z dawnych lat".
Politycy chcą osiągnąć zbyt wiele, inwestując w danym momencie zbyt niewiele. Zmodyfikowane rakiety na paliwo stałe, silniki RS-25, infrastruktura inżynieryjna z czasów wahadłowców, to technologie, które nie są nowe. Zamiast być tanią trampoliną do powrotu na Księżyc, SLS pochłania dziesiątki miliardów dolarów.
- Za dużo administracji, duża bezwładność instytucjonalna, mniej technologicznego impetu. Program wahadłowców stworzył pewien komfort operacyjny i rozleniwił NASA. Po jego zakończeniu niemal dekadę nie było startu załogowego z amerykańskiej ziemi. Powrót zapewnił program komercyjny Dragon. Z kolei drugi komercyjny projekt, czyli Starliner pokazuje, że nawet ten model ma swoje ograniczenia, bo nikt go dobrze nie kontroluje - Maciej Myśliwiec prowadzi rozmowę do bardzo istotnego wniosku, że to nie jest problem ostatnich lat, tylko dekad.
Największy błąd w przypadku SLS? Maciej Myśliwiec wskazuje na brak wielokrotnego wykorzystania rakiety, co czyni właśnie Starship SpaceX. Wycofują pojazd ze stanowiska startowego do hangaru VAB (Vehicle Assembly Building) przy każdym większym problemie.
NASA boi się ryzykować, ale ryzyko ma dziś inną twarz
Śmierć trójki astronautów w pożarze kapsuły Apollo 1 w 1967 r. doprowadziła do rewizji planów NASA, ale nie zachwiała determinacji. Dziś podobnego kalibru tragedia wywróciłaby program Artemis do góry nogami.
- Od 25 lat jesteśmy na orbicie. Od 50 nie polecieliśmy dalej. Bo nie było takiej potrzeby strategicznej. Skupiliśmy się na LEO i trochę zapomnieliśmy, jak projektować systemy na loty dalekiego zasięgu. Z drugiej strony nie możemy pozwolić sobie na kolejną katastrofę jak Challenger czy Columbia. W lotach kosmicznych nie ma nic z rutyny. Każda misja to operacja wysokiego ryzyka i trzeba uważać. Jak mówi stare powiedzenie "better late than sorry". Dlatego może ryzykujemy mniej niż w latach 60., ale dziś poziom akceptacji ryzyka jest zupełnie inny - mój rozmówca wyjaśnia, dlaczego program Artemis tak się wlecze. Przypomina też, że jego zdaniem - nie mamy dziś realnych podstaw, żeby mówić o lądowaniu w tej dekadzie, czyli misji Artemis IV (do niedawna Artemis III), jako czymś pewnym. Musiałby się zdarzyć cud.
- Lądownik musi najpierw powstać w wersji operacyjnej, przejść testy, udowodnić, że działa w pełnym profilu misji - tak splatają się losy NASA z losami prywatnych firm SpaceX i Blue Origin, które ten element misji mają wykonać. Pomiędzy Apollo 8 i Apollo 11 były jeszcze dwie misje, a do niedawna NASA chciała pominąć te etapy (teraz misja Artemis III będzie testem lądownika na orbicie Ziemi). Zastanawiam się, czy problemy całego programu Artemis to nie świadectwo tego, że rządowe instytucje nie potrafią dobrze planować?
- To bardziej kwestia budżetowania niż planowania. NASA działa w warunkach niestabilnego finansowania i politycznych korekt co kadencję. Przy tak zmiennych programach politycznych mamy do czynienia z sinusoidą działalności - te słowa w pewnym sensie mnie uspokajają.
Prawdziwy zwycięzca XXI w. wyścigu na Księżyc to kwestia otwarta
Budowa SLS w obecnej wersji to puszka Pandory z licznymi problemami. Chiny, adaptując technologie Apollo, mają prostsze zadanie do realizacji, choć mniej doświadczenia. Ich program napędza stabilne finansowanie, scentralizowane decyzje i brak szacunku dla zasobów ludzkich. Chiny to dzisiaj taki trochę ZSRR lat 60. na resorach - dodaje Maciej Myśliwiec. Z tego stwierdzenia płynie jeszcze jedna nauka. Nawet jeśli misje Artemis poddajemy krytyce, to jedno lądowanie nie rozstrzygnie wyścigu.
- Prawdziwym zwycięzcą będzie ten, kto zapewni stałą komunikację i logistykę na linii Ziemia-Księżyc. Dopiero wtedy zobaczymy, kto stworzy skuteczną i długofalową strategię - słowa podsumowujące dyskusję przekonują mnie, że nie warto dzielić skóry na niedźwiedziu. Obecne problemy ze startem misji Artemis II nie przesądzają wszystkiego, choć można było ich uniknąć.